poniedziałek, 15 lutego 2016

Kiedy męża nie ma... (dzieją się cuda)



Nie zdążyły się jeszcze za nim dobrze zatrzasnąć drzwi, jeszcze nie wsiadł do samochodu, a mnie już trzasnęło coś w łazience... przyznacie jednak, że wyskoczenie dwóch maleńkich dinksów o piątej rano, które przytrzymują deskę klozetową na swym miejscu - tragedią nie jest? Prztyknęłam je na swoje miejsce jak robiłam wczoraj, przedwczoraj, pięć i dwanaście lat temu - tak, wtedy jak przychodziłam do mojego chłopaka - nie męża jeszcze, to też wyskakiwały, cóż deska jest ceramiczna, niezniszczalna i nie wiem co się musi stać, żebyśmy ją wymienili... wygląda jak nówka nieśmigana, tylko te dinksy ;)

Tego samego poranka, tylko gdzieś bliżej godziny siódmej postanowiłam wstać przed swoim dzieckiem, żeby mieć jakąś godzinę, może nawet dwie na napisanie postów, recenzji, wrzucenia zdjęć. Ochoczo, acz z mozołem wstałam, ubrałam się i zasiadłam do komputera.
Nauczona wcześniejszym doświadczeniem - mąż już w połowie drogi na miejsce docelowe - drugi koniec Polski - internet sprawdzony pod każdym kątem: czy działa, bateria naładowana, zasięg, opłacony rachunek - wszystko na wszelki wypadek! Siadam, odpalam kompa, rusza, klik na przeglądarkę i nic. Raz jeszcze, kolejny i wyskakuje okienko, że proszę o błąd taki, a taki. Reset, za resetem, bo ja jestem taka, że mogę mu dać nie jedną, a nawet pięć szans, ale niech skubany zaskoczy. Robota czeka, czas leci do przodu, dziecko będzie zaraz wyspane, muszę coś przecież zrobić!
Nie zrobię nic, awaria jak się patrzy.
Dobrze, najprędzej w środę komputer ruszy, pogodziłam się z tym szybko, cóż nic sama nie zrobię.
Dziewczynka budzi się z gorączką, kaszlem, katarem i złym humorem.
Dam radę przetrwać i to...

W środę rano wstaję pełna nadziei na piękny dzień po wtorku, który był trochę skomplikowany przez chorobę dziecka. liczę na powrót męża, nie liczę jednak, że będzie z wszystkim łatwo.
Wstaję dalej i myślę, że mam coś taki dziwnie zimny nos, powietrze jakieś nie teges, coś wisi w powietrzu... ewidentnie jest to brak ogrzewania! Ubieram się cicho, żeby nie budzić dodatkowych świadków tej małej osobistej tragedii jaką jest wygaszenie pieca w piwnicy. Schodzę te parę krętych schodów i zastanawiam się, co mnie na dole zaskoczy: brak węgla? mokry węgiel? kaprys podajnika czy inne ustrojstwo...
 Nie wiem, rozpalam, biegnę na górę sprawdzić, czy Dziewczynka wstała, zbiegam na dół, zgasło.
Rozpalam od nowa, biegnę, wypuszczam psa, sprawdzam sen Dziewczynki, wycieram jej nos, zasypia znów, wpuszczam do domu psa, wypuszczam z domu kota, zbiegam na dół, pali się, wbiegam do góry, wpuszczam kota... dotykam kaloryfera - letni jest - chyba zaskoczyło!

Pół godziny później nie wiem co mnie bardziej wkurza, to że w piecu zgasło, czy że mąż do domu nie wróci dzisiaj... Walczę z piecem jeszcze ze dwa razy, do tej listy co powyżej zbiegania i wbiegania dodajcie sobie, że zabieram Dziewczynkę ze sobą, po trzech, TRZECH! minutach świetnie się bawi w piasku (?) zgromadzonym w piwnicy i chce się jej bardzo, ale to bardzo siusiu... ubrana jest jak na Sybir i muszę wyjść do góry ją rozebrać i jednocześnie dorzucać do tego cholernego ognia... Jakoś tak ze dwa razy, za trzecim nie zeszłyśmy już na dół, tylko poszłyśmy się umyć, bo z wyglądu blisko już nam było do osmolonych kominiarzy... bo jeszcze zaczęło dymić...

Wywietrzyłam i wyciągnęłam grzejniczek i zarządziłam zabawy w sypialni z ciepłą herbatą u boku...

Wieczorem z Dziewczynką zostaje babcia, ubieram się w robocze ciuchy i idę walczyć, ruszę ten piec chociażbym miała się skichać! Po wyrzuceniu 100kg węgla z podajnika, grzebaniu w śrubie podającej (nie wiem jak się fachowo nazywa) długimi nożyczkami bo nic innego nie mam pod ręką, dochodzę do wniosku, że jest zatkana mułem (?), osadem, miękkim węglem i jakoś się muszę tego pozbyć. Włączam rozruch, rękami wyciągam szlam, raz, drugi, trzeci... końca nie widać... Zapomniałam wspomnieć, że całą operację dla złapania oddechu próbuję się połączyć z mężem, który w swojej pracy walczy z przeciwnościami losu i "dlaczegonieodbiera!!!!"
Dziura w kielichu podajnika wypluwa w końcu upragniony węgiel, jest taniec radości!
Wrzucam z powrotem węgiel do środka i wcale mi go nie ubywa... ale grzeje, pali się, wściekle podaje - w domu robi się ciepło. Wygrałam!

Wyobraźcie sobie, że niejasno pamiętam czwartku i piątku... chociaż wtedy ułamał mi się ząb, zatkała umywalka w kuchni, którą przy czyszczeniu tejże zalałam... Z
 usmarkaną Dziewczynką, z bolącymi dłońmi, czekałam na powrót męża, kibicując sobie, żeby nic więcej się nie urwało, nie skończyło i nie przestało palić.

W sobotę mąż wrócił i wszystko wróciło do normy.
Nic się nie psuje, dziecko zdrowe, piec pali, komputer naprawiony.

Do następnej delegacji ;)

9 komentarzy:

  1. no nie, sama nie wiem, czy współczuć, czy się śmiać :) wiesz co? myślę, że chyba zwyczajnie zaczarowałaś rzeczywistość czarnowidztwem. może następnym razem nastaw się na same sukcesy, to zanim mąż wróci....na przykład wygrasz w totka :)
    pozdrawiam ciepło :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest myśl - bardzo dobra :D
      Serio, czekam na kolejny wyjazd, żeby sobie pokazać, że dam radę ze wszystkim :)a teraz to czekam aż wygram w totka :D

      Usuń
  2. Bohaterką jesteś!A ja to bym sobie tak chciała bez chłopa kilka dni pobyć...Obiadu nie gotować i być sama ze sobą.Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja bardzo często jestem sama z chłopakami, nawet długie tygodnie, więc rozumiem doskonale takie samodzielne przeboje życiowe, ale na szczęście nie mam pieca ha ha ha ;-).

    Wniosek jest taki, że z mężem jednak lepiej ;-). Nawet z moim, bo akurat teraz jest i nawet jeśli nie musi palić w piecu, to jednak jest łatwiej.

    No i jeszcze to przysłowie - jedna bieda rady nie da - sprawdza się, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  4. Z mężem źle a bez niego jeszcze gorzej :) Ja jednak wolę być z nim bo zawsze jakaś pomoc jest :) A jak się psuje to zawsze wszystko na raz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobra, pieca na węgiel nie posiadam, ale piecyk (tzw. junkers)to grzania wody i ogrzewania owszem. Działa bez zarzuty, tylko czasami zastrajkuje, akurat tego dnia gdy mąż pracuje do późna. To chyba los tak uparcie daje nam pole do popisu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jednak mąż to niezastąpiona osoba jest :) Ja bez mojego to bym nawet najprostszych spraw nie umiała załatwić!

    OdpowiedzUsuń
  7. No to mąż musi być w domu xD

    OdpowiedzUsuń