Zupełnie się obraziłam. Uniosłam swoją kobiecą dumę jeszcze wyżej niż głowę i wyszłam. Przestałam dbać o czytelników, bloga, to co tutaj się dzieje. Obiecywałam najwięcej sobie, że będę pisać regularnie, wrzucać zdjęcia, czytać książki i inne takie. Obiecywałam SOBIE, że jak nie dzisiaj to najpewniej jutro. W przyszłym miesiącu już na bank tutaj wrócę. Zetrę kurz z tytułu, z liter. I będę działać.

Najpierw uderzyłam tą moją dumą w sufit. Musiało ją solidnie zaboleć kiedy tak dostała w swój głupi łeb, bo prawie od razu schowała się do kieszeni. Zamieniła się z pokorą, która siedzi w milczeniu na moim ramieniu i pociąga mnie za włosy, kiedy coś jest nie tak, jak być powinno.

Przejrzałam bloga i znalazłam wiele niedokończonych postów, jakbym nigdy o nich nie pamiętała, że mam je skończyć bo są napisane po coś. Nie pierwszy raz o tym piszę, jestem zawalona zdjęciami, które chciałam i nadal chcę tutaj pokazać, bo uważam, że są fajne albo są z ciekawych miejsc. Chociaż są trochę nieaktualne, bo sprzed 2-3 lat. Widzę, że tutaj zaglądacie, za co jestem niezmiernie wdzięczna - za pamięć, za komentarze, za nie tylko wirtualne znajomości.

I dziś napiszę jeszcze jedno, nie dość, że nie weszłam jeszcze dobrze w jesień to w górach już spadł śnieg. Pierwszy, mokry, najpaskudniejszy jaki może być. Nie będąc tam mogę powiedzieć, że powietrze pachnie ziemią, wilgoć osiada na wszystkim i wydaje się, że jest przeraźliwie zimno. Bo jest całe dwa stopnie na termometrze. I z domu nie chce się wychodzić i ciemno i cicho jest. 

A kiedyś jesienią...

Wyobraźcie sobie, że tracicie wszystkie dane z komputera. I nic się nie da zrobić w pierwszym odruchu.Jednak macie w domu "speca", któremu udaje się odzyskać dane. 

I tak oto stajecie oko w oko z tym co odkładacie latami, a co postanawiacie sobie uporządkować, wrzucić do komputerowego archiwum, ewentualnie fizycznie mieć w posiadaniu bardzo dużo zdjęć i je wywołać. 

Tak. Właśnie tym zajmuję się od kilku dni. Robię rzeczy, których fizycznie nie widać, nie przybywa bowiem wyprasowanego prania, ułożonych książek na półach. Za to ubywa mi plików na dysku, przybywa plików do wywołania i chyba w końcu - będę na jakiś czas - mieć wszystko elegancko ułożone. Oby weszło mi to już w krew na stałe, że od razu usuwam niechciane zdjęcia, archiwizuję i od czasu do czasu tylko wywołuję i układam footoksiążki.

Skutkiem ubocznym tych porządków są wspomnienia. Masa momentów i myśli!

Ach! Przecież to było tak zupełnie niedawno, prawie wczoraj. Najwyżej rok temu a nie dwa, trzy, dziesięć.

Zdjęcia robiłam czym się dało i jak się dało. Bo nie od dzisiaj mam sentyment do chwil i momentów, które mnie zachwycą.

To dzisiaj wrzucam wam jesień, której tutaj chyba jeszcze nie było na blogu. Jesień ciepłą, mokrą kolorową. Jesień z 2016. Sami się ze mną zgodzicie, że jakby to było wczoraj przecież!

Bardzo daleko na wsi - Kiczory

Babia Góra mountain

Trudno powiedzieć co popchnęło nas do odwiedzenia tej maleńkiej wsi na Orawie, czy bardziej chęć ucieczki przed tłumami z powodu koronawirusa, czy też bardziej ciekawość.
Czy jest jeszcze większy koniec świata niż ten w którym obecnie mieszkamy od marca? 😉

Dziewięćsił bezłodygowy

Jest. To Kiczory. Pierwsza wzmianka o Kiczorach pochodzi z 1659. 
Przyznacie, że to kawał czasu. I jedzie się do nich tak, że w pewnym momencie myślałam, że to już koniec drogi. A tam jeszcze za górką, za lasem były domy. 


U podnóża Babiej Góry z jednej strony z drugiej z widokiem na Tatry. 
Piękny widok mają mieszkańcy i ci którzy tutaj trafiają! 
I powłóczyć się jest gdzie, posiedzieć na trawie. 
Pozbierać maliny, kwiaty polne, pogonić motyle.


Spotkaliśmy jedną turystkę z wynajmowanego nieopodal domku, pana na traktorze, minęło nas parę zagubionych aut. 
Nikogo więcej!
Cisza i spokój.

Jeśli ktoś szuka miejsca do kontemplacji, modlitwy, czy przysiąść ma ochotę na dłużej, może udać się do kapliczki. Dwie ławki wystarczą aby usiąść i odpocząć. Pomyśleć.
Z Madonną z jednej strony a za plecami widok na Tatry.