czwartek, 9 lutego 2017

Jak pokochać centra handlowe - Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Czytam negatywne komentarze o tej książce.
Że gniot, a dostała Paszport Polityki.
Że jest taka mdła, taka niefajna.
Depresyjna.
O niczym.
O podłych nastrojach przyszłej matki.
Jak chcesz się zniechęcić do macierzyństwa, które jest takie piękne i słodkie - przeczytaj tą książkę i na pewno ci się odechce.

Bo jest odrażająca.
Jak można pisać, że matce się nie chce, bo ma epizody depresyjne. Jak może chcieć się do tego przyznawać, że w ogóle je ma.
Właściwie to już, ta matka, jest na straconej pozycji.
Nikt jej nie rozumie, nie rozumie jej zachowań, jej myśli i tego, że chce czegoś więcej niż tkwienia w nowej rzeczywistości.
Tą rzeczywistość trzeba zrozumieć.
Nie oceniać przez swój pryzmat, bo każda z nas jest inna. Inaczej odnajduje się w rzeczywistości i jeszcze inaczej ją znosi.

Jak można poruszać taki temat.
Depresja. 
Temat tabu.

"Jak pokochać centra handlowe" to według autorki granica prozy i reportażu. Obraz nie jednej kobiety, ale zbiór doświadczeń kobiecych, które mają za sobą depresje, które się leczą, przechodzą terapię. Walczą tak jak potrafią. To książka o tym, o czym lepiej milczeć. Albo powiedzieć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tego nie doświadczyłam. Jeśli nie doświadczyłam, to twoje doświadczenia prawdopodobnie są wyolbrzymione i naciągane. Ta książka jest prawdziwa. Z opisami twardymi, takimi jakimi są w rzeczywistości. Nie trzeba upiększać cierpienia duszy.

Jeśli macierzyństwo to tylko piękne, w pięknych wnętrzach i z pięknymi obrazkami. Nie ma plam na ubraniach po jedzeniu dziecka, nie ma, że zapomniałaś podać dziecku tabletki. Biegasz na fitness i masz tak dużo czasu, że wszyscy zazdroszczą.
Ta książka pokazuje, że tak nie jest. Że możesz czuć się źle. Nie wszystko musi iść jak z płatka.
Czytałam i myślałam, że ta książka jest trochę o mnie. Dobrze, nawet nie trochę ale w większości. Ja też miałam takie myśli, jak bohaterka, która urodziła małego Witka, potem Dorotkę. Która staje się zakładniczką swojego umysłu, wyobrażenia o ideale Matki Polki koniecznie walczącej o wszystko, któremu nie umie sprostać. Bohaterka irytuje? Nie jest stale uśmiechnięta, myśli ma czarne. Tak, tak to właśnie wygląda. I ciężko zrozumieć jej też tę drugą - jasną stronę i ją zadowolić.

Centra handlowe, do których chodzi bohaterka stają się ostoją dobroci.
Lekiem na całe zło utraconego życia, tego "przed dzieckiem."

To książka dla tych, którzy próbują zrozumieć, może dla męża, którego żona ma depresję a nie potrafi powiedzieć dokładnie o co jej chodzi. Może dla koleżanki, która próbuje pomóc sfrustrowanej matce, a nie wie jak. Może w końcu dla tych, którzy jeszcze nie umieją się odnaleźć w macierzyństwie, które okazało się trudniejsze niż mówili inni.

Taka moja refleksja na koniec, po przeczytaniu.
Kiedy po raz pierwszy pojechałam do centrum handlowego, po raz pierwszy od urodzenia dziecka, czułam się jakby ktoś wypuścił mnie z klatki. Z jednej strony niekompletna - brakowało mi mojego dziecka, które bez przerwy było u mojego boku. Z drugiej łaknęłam czegoś innego. Pamiętam ten ucisk w gardle na widok pięknej letniej kolekcji, do której ślina ciekła mi przez witrynę. I tyle. I tylko tyle, bo nie było mojego rozmiaru, bo byłam już matką zapuszczoną, kilogramami, depresją. Zaszczuta tym, czym chciałam być, a nie potrafiłam sprostać swojemu wyobrażeniu.

6 komentarzy:

  1. O depresji mało się mówi, o wiele za mało. Patrząc z perspektywy czasu, może i miałam lekką depresję przytloczona codziennością z dzieckiem, które kochałam i kocham nad życie. Ratunkiem okazała się dla mnie praca. Wracając do książki- dopisuję ją do listy. Antyterrorystka

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety ludzie nie rozumieją depresji. Nie rozumieją jakim podstępnym potworem może być, jakie zniszczenia może dokonać.
    Nie mam dzieci, nie planuję na obecną chwilę, ale rozumiem ludzi z depresją.
    Bardzo chcę przeczytać tę pozycję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam Magdaleno, choć nic nie napisałam. Dlatego, że moje macierzyńskie cierpienia były o wiele mniejsze. Był rok 1987. O baby blue nikt nie słyszał. A ja kładłam się pod łóżeczkiem syna i prosiłam Boga, żebyśmy razem umarli, bo ja dłużej nie dam rady. Prawie nie spałam - choć proporcjonalnie do ilości miesięcy dziecka, miał miesiąc to najwyżej jedna godzina snu, miał dwa to najdłużej dwie godziny. I doskonale pamiętam, kiedy pierwszy raz sama znalazłam się w sklepie Smyk (Mały miał dwa miesiące i pierwszy raz został sam z tatą), wszystko mnie zadziwiało, a najbardziej to, że ludzie się śmieją i nigdzie nie spieszą. Ja czułam się jak więzień, dosłownie, za kratami mieszkania na parterze.

    Ja nie mam depresji, więc tylko próbuję sobie wyobrazić, co Ty przeżywasz.
    Najserdeczniej Cię pozdrawiam Magdaleno,
    BB

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaintrygowałaś mnie tą książką. Wprawdzie muszę przyznać, że nie przepadam za takimi egzystencjalnymi klimatami w literaturze, ale ta pozycja wydaje mi się ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem zainteresowana lekturą, chyba odnalazłabym to coś w tej książce

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię takie książki, które pomagają zrozumieć drugiego człowieka, a ta chyba do takich należy. Myślę, że warto po nią sięgnąć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń