.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

wtorek, 31 stycznia 2017

Dzień dobry, mam depresję

Od paru miesięcy nie umiem pisać.
Sklecić niczego mądrego, długiego i wesołego.
Życie już dawno nabrało barw szarości.
Potem trzasnęło mnie wpół kijem koloru czarnego.
Pokazało środkowy palec.
I trzyma.




Analizuję od którego momentu.
Momentów mam tych zbyt dużo.
Teraz wiem, że jak miałam dwadzieścia parę lat, to jednak zbyt dużo się działo w życiu mojego obecnego męża. A ja brałam to na bary, na plecy, do serca. I życiu razem pokazywaliśmy ten palec środkowy. I szliśmy do pracy, na uczelnie, do domu i barykadowaliśmy to wszystko i zawsze pod wiatr, żeby stanąć na szczycie i powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi.
Rany, które zadają na drodze napotkane ciernie, zostawiają blizny.
Ja ich już nie rozdrapuje, ale cienie,  które plątają się wokół kostek, kiedy idziesz przez las - wracają.

Lubię ludzi, lubię rozmawiać (przecież jestem straszną gadułą!), ale kiedy mam dość - lubię być z sobą sama. Od zawsze.

Pierwsza doskwierająca mi samotność to czas kiedy leżałam podczas ciąży w domu.
Zero obowiązków, bo z pozycji horyzontalnej trudno ugotować chociażby obiad.
Fajnie było przez dwa tygodnie, może nawet trzy. Potem już było mniej fajnie i co raz smutniejsze, chociaż co raz bardziej wiosenne okno na które patrzyłam.

Kiedy urodziłam dziecko było fatalnie.
Już na porodówce. Byłam zmęczona ale to normalnie. I samotna. Okropnie samotna.
Czułam się zagubiona mniej więcej do pierwszych urodzin córki. Zbyt długo wydawało mi się, że z niczym sobie nie radzę: z ubieraniem jej, karmieniem, nawet z wychodzeniem na spacer.
A przecież byłam przy niej i spędziłam cudowny czas karmiąc, śpiąc razem z nią, przytulając, poznając świat.

Poszłam do męża i powiedziałam, że sobie nie radzę. Z sobą, z dzieckiem z irracjonalnym strachem o wszystko. Głód na świecie urósł do taki wielkiego problemu, że stał się moim problemem, kiedy moje dziecko nie chciało jeść. Śmierć młodej matki, która osierociła dwoje dzieci była dla mnie osobistą tragedią. Potem mąż stracił pracę... To już doszczętnie przelało czarę goryczy w mojej głowie. Konsekwencje, które zaczęły się pojawiać zniszczyły mnie bardzo psychicznie. Bałam się już wtedy o wszystko po kolei. Błahe rzeczy były ogromne. Ale musiałam wstać, umyć się, zjeść, nakarmić dziecko i wszystko zrobić przy niej.
Nie akceptuję do tego siebie, tego jak wyglądam z nadwagą, tego, że nie mam czasu i chęci czytać książek i oglądać filmów. Mam jeszcze większe problemy ze spaniem niż dotychczas. Zmęczenie i szum w uszach.

Wtedy zapytałam ginekologa, czy mam depresję? Czy moje złe samopoczucie, pustka, strach, czy to kiedyś minie.
Odpowiedź była następująca: jak wstajesz z łóżka i nie leżysz w nim cały dzień, to jest wszystko ok.

Tak przetrwałam do przeprowadzki. Ze świadomością, że coś nie do końca jest dobrze, że przecież nie będę się doszukiwać dziury w całym, bo znów się doszukam.
Przecież jest ok. Lokum zmienione, tutaj czuje się dobrze, jest inaczej, lepiej.
Zaczęłam wychodzić nawet do ludzi. To była chwila, chyba tylko taki zryw.
W drugiej połowie roku zaczęłam czytać książki, pojechaliśmy na wspaniałe wakacje.
Koszmar wrócił tuż po nich. Spowodowany nagłym pogorszeniem zdrowia.
Trwa do dziś. Dzieją się ze mną rzeczy, które momentami utrudniają funkcjonowanie.
Napady lęku, smutku, strachu. Palpitacje serca, wysokie ciśnienie i stały ból brzucha. Napięcie mięśni, trudności z rozluźnieniem.
Rzadko się uśmiecham, chociaż się staram dla mojego dziecka.

Moja depresja jest jak mój pies. Bo do kota mu daleko, swoją drogą, mamy tylko już jednego, nawet nie pytajcie. Trudny temat. A więc pies - chodzi za mną wszędzie, wszędzie wpycha swój ciekawski nos, wszystko wyniucha. Najbardziej radość. I wtedy przegania ją szczekaniem.

I czuję się jak ta świeczka na zdjęciu.
Więcej tej czerni, niż światła.

Napadła mnie bezsilność. Taka totalna.
Jeśli czytasz, to dziękuję, że wytrwałeś, jest mi lepiej.

Idę łyknąć tabletkę na szczęście.

17 komentarzy:

  1. Dzielna jesteś... może inspiracją będzie dla Ciebie K. Dąbrowski ze swoją teorią dezintegracji pozytywnej? Może dzięki tym przeżyciom wespniesz się na wyższy poziom doświadczania...bardziej świadomy, co nie znaczy, że przyjemny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy jestem dzielna. Muszę robić pewne rzeczy, czy chcę czy nie. Czy mam na nie siłę, czy przeciwnie.
      Dziękuję za komentarz i chętnie poczytam o tej teorii.

      Usuń
  2. Wiesz, w życiu bywa różnie, zdarzają się trudne okresy i gorsze nastroje, ale jeśli trwa to dłużej i nic się nie zmienia, to może warto byłoby się udać do specjalisty. Ginekolog raczej nie jest odpowiednią osobą do diagnozowania depresji. Coraz więcej ludzi na nią cierpi, ale można z nią wygrać. Sama mam na koncie wygraną walkę z "chorobą duszy", w moim przypadku były to zaburzenia odżywiania, towarzyszyły im też stany depresyjne. I tez słyszałam tę teorię, że jeśli ktoś ma siłę się umyć, ubrać i umalować, to nie ma depresji, ale nie od razu przecież trzeba mieć taką najcięższego kalibru! Są najróżniejsze odmiany nerwic, które również tak się objawiają. Ja do tej pory mam tak, że jak się czymś zdenerwuję, to robi mi się słabo i czuję się chora.
    Mnie swego czasu, gdy walczyłam z zaburzeniami odżywiania, bardzo pomogły zwyczajne rozmowy z psychologiem raz w tygodniu. Niby nic, a zdziałały cuda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pod opieką specjalisty, na szczęście trafiłam na kogoś, kto wzbudza moje zaufanie i wydaje się być dobrym specjalistą. Moja nerwica i depresja - również powodują różne zawirowania. Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią.

      Usuń
  3. Depresja to taka podla suka jest. Wiem co czujesz. Ja postanowiłam ze ide do psychologa za niedługo. Ale polecam poczytac bloga " sieczkarnia". Przytulam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano jest. Podła i podstępna. Mnie psycholog tylko zmobilizował do tego, żeby iść po poradę dalej. I poszłam.
      Zajrzałam na tego bloga- bardzo ciekawy. Dzięki!

      Usuń
  4. Nie za bardzo wiem co powiedzieć. Tulę mocno i trzymam kciuki aby słońce skutecznie przegoniło ciemne chumury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy, że tutaj jesteś.

      Usuń
  5. Nie napiszę, że coś musisz, bo nic nie musisz. Trzymam za Ciebie kciuki. Żebyś to Ty była panią, a nie depresja. I wirtualnie przytulam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nic nie muszę. Wiem, jak bardzo czasem nie mam siły.
      A jednak, muszę do przodu!. Dziękuję.

      Usuń
  6. Doskonale wiem, co czujesz. Najgorsze jest to, że człowiek walczy latami i wydaje się, że "skoro wstaje z łóżka" to nie jest wcale tak źle. Gdyby przestał, to by była katastrofa, a do tego nie wolno dopuścić. To dobrze, że jesteś pod opieką specjalisty. Depresję można wyleczyć, ale trzeba na to dużo czasu i cierpliwości. Ważne jest też podejście i zrozumienie ze strony najbliższych. Zrozumienie tych chwil, kiedy nie masz siły na cokolwiek i to wcale nie z lenistwa. Ważne jest też to by znaleźć dla siebie coś ważnego, co również daje radość i spełnienie i będzie kotwicą , która przytrzyma w gorszych momentach. Znam bardzo dużo książek pozytywnego myślenia, które mi ogromnie pomogły. I kiedy dopada mnie smutek wracam do nich i mądrych rad w nich zawartych, żeby czarna dziura już nigdy mnie nie pochłonęła. Życzę Ci wytrwałości i jeżeli zechcesz poczytać coś, co naprawdę pomaga, daj znać. Ściskam bardzo mocno :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To przykry wpis :( przykry, bo przepełniony bólem.
    Chciałabym, by to minęło... Chciałabym ponownie tu zobaczyć uśmiech... chociażby ten między wierszami!

    OdpowiedzUsuń
  8. Życzę spokoju radości i pogody ducha. Sprawdź tarczycę. Może to depresja a może hashimoto. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tutaj ze mną jesteś :)