.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

poniedziałek, 15 lutego 2016

Kiedy męża nie ma... (dzieją się cuda)



Nie zdążyły się jeszcze za nim dobrze zatrzasnąć drzwi, jeszcze nie wsiadł do samochodu, a mnie już trzasnęło coś w łazience... przyznacie jednak, że wyskoczenie dwóch maleńkich dinksów o piątej rano, które przytrzymują deskę klozetową na swym miejscu - tragedią nie jest? Prztyknęłam je na swoje miejsce jak robiłam wczoraj, przedwczoraj, pięć i dwanaście lat temu - tak, wtedy jak przychodziłam do mojego chłopaka - nie męża jeszcze, to też wyskakiwały, cóż deska jest ceramiczna, niezniszczalna i nie wiem co się musi stać, żebyśmy ją wymienili... wygląda jak nówka nieśmigana, tylko te dinksy ;)

Tego samego poranka, tylko gdzieś bliżej godziny siódmej postanowiłam wstać przed swoim dzieckiem, żeby mieć jakąś godzinę, może nawet dwie na napisanie postów, recenzji, wrzucenia zdjęć. Ochoczo, acz z mozołem wstałam, ubrałam się i zasiadłam do komputera.
Nauczona wcześniejszym doświadczeniem - mąż już w połowie drogi na miejsce docelowe - drugi koniec Polski - internet sprawdzony pod każdym kątem: czy działa, bateria naładowana, zasięg, opłacony rachunek - wszystko na wszelki wypadek! Siadam, odpalam kompa, rusza, klik na przeglądarkę i nic. Raz jeszcze, kolejny i wyskakuje okienko, że proszę o błąd taki, a taki. Reset, za resetem, bo ja jestem taka, że mogę mu dać nie jedną, a nawet pięć szans, ale niech skubany zaskoczy. Robota czeka, czas leci do przodu, dziecko będzie zaraz wyspane, muszę coś przecież zrobić!
Nie zrobię nic, awaria jak się patrzy.
Dobrze, najprędzej w środę komputer ruszy, pogodziłam się z tym szybko, cóż nic sama nie zrobię.
Dziewczynka budzi się z gorączką, kaszlem, katarem i złym humorem.
Dam radę przetrwać i to...

W środę rano wstaję pełna nadziei na piękny dzień po wtorku, który był trochę skomplikowany przez chorobę dziecka. liczę na powrót męża, nie liczę jednak, że będzie z wszystkim łatwo.
Wstaję dalej i myślę, że mam coś taki dziwnie zimny nos, powietrze jakieś nie teges, coś wisi w powietrzu... ewidentnie jest to brak ogrzewania! Ubieram się cicho, żeby nie budzić dodatkowych świadków tej małej osobistej tragedii jaką jest wygaszenie pieca w piwnicy. Schodzę te parę krętych schodów i zastanawiam się, co mnie na dole zaskoczy: brak węgla? mokry węgiel? kaprys podajnika czy inne ustrojstwo...
 Nie wiem, rozpalam, biegnę na górę sprawdzić, czy Dziewczynka wstała, zbiegam na dół, zgasło.
Rozpalam od nowa, biegnę, wypuszczam psa, sprawdzam sen Dziewczynki, wycieram jej nos, zasypia znów, wpuszczam do domu psa, wypuszczam z domu kota, zbiegam na dół, pali się, wbiegam do góry, wpuszczam kota... dotykam kaloryfera - letni jest - chyba zaskoczyło!

Pół godziny później nie wiem co mnie bardziej wkurza, to że w piecu zgasło, czy że mąż do domu nie wróci dzisiaj... Walczę z piecem jeszcze ze dwa razy, do tej listy co powyżej zbiegania i wbiegania dodajcie sobie, że zabieram Dziewczynkę ze sobą, po trzech, TRZECH! minutach świetnie się bawi w piasku (?) zgromadzonym w piwnicy i chce się jej bardzo, ale to bardzo siusiu... ubrana jest jak na Sybir i muszę wyjść do góry ją rozebrać i jednocześnie dorzucać do tego cholernego ognia... Jakoś tak ze dwa razy, za trzecim nie zeszłyśmy już na dół, tylko poszłyśmy się umyć, bo z wyglądu blisko już nam było do osmolonych kominiarzy... bo jeszcze zaczęło dymić...

Wywietrzyłam i wyciągnęłam grzejniczek i zarządziłam zabawy w sypialni z ciepłą herbatą u boku...

Wieczorem z Dziewczynką zostaje babcia, ubieram się w robocze ciuchy i idę walczyć, ruszę ten piec chociażbym miała się skichać! Po wyrzuceniu 100kg węgla z podajnika, grzebaniu w śrubie podającej (nie wiem jak się fachowo nazywa) długimi nożyczkami bo nic innego nie mam pod ręką, dochodzę do wniosku, że jest zatkana mułem (?), osadem, miękkim węglem i jakoś się muszę tego pozbyć. Włączam rozruch, rękami wyciągam szlam, raz, drugi, trzeci... końca nie widać... Zapomniałam wspomnieć, że całą operację dla złapania oddechu próbuję się połączyć z mężem, który w swojej pracy walczy z przeciwnościami losu i "dlaczegonieodbiera!!!!"
Dziura w kielichu podajnika wypluwa w końcu upragniony węgiel, jest taniec radości!
Wrzucam z powrotem węgiel do środka i wcale mi go nie ubywa... ale grzeje, pali się, wściekle podaje - w domu robi się ciepło. Wygrałam!

Wyobraźcie sobie, że niejasno pamiętam czwartku i piątku... chociaż wtedy ułamał mi się ząb, zatkała umywalka w kuchni, którą przy czyszczeniu tejże zalałam... Z
 usmarkaną Dziewczynką, z bolącymi dłońmi, czekałam na powrót męża, kibicując sobie, żeby nic więcej się nie urwało, nie skończyło i nie przestało palić.

W sobotę mąż wrócił i wszystko wróciło do normy.
Nic się nie psuje, dziecko zdrowe, piec pali, komputer naprawiony.

Do następnej delegacji ;)

środa, 3 lutego 2016

Czytanie i dzierganie z Maknetą (2)

Dzisiaj środa i mogę Wam pokazać co dzieje się u mnie pod względem robótkowym.
Dzieje się na trzy fronty ale pokażę to, czego mam najwięcej, to serweta z resztek wełny, bardzo sztywnej, przypomina sznurek, ale nim nie jest.
 Bardzo fajnie się robi, szybko przybywa. 
Wzór to moja radosna twórczość ;) 


Cieszę się, że przez blogowe i instagramowe wyzwania wróciłam do regularnego czytania książek. Nadrabiam ogromne zaległości. 
Trzeci wieczór czytam McDusię Małgorzaty Musierowicz. 
Przyznaję szczerze, że czytam i wzruszam się ogromnie. Jeżycjada to moje światełko i ucieczka przez wszystkim w okresie znienawidzonego liceum. 
Czytam i myślę, że muszę przeczytać od początku i w końcu kupić kolejne części, bo chciałabym mieć je wszystkie i wracać do nich kiedy będę mieć czas i ochotę. 




**
Poprzednie podkładki pod kubki mam już skończone i używamy ich sobie w kuchni.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Zdrowie na talerzu - Maria Cross

Zdrowie na talerzu Marii Cross to uniwersalny poradnik przydatny dla tych, którzy chcą się zdrowo i świadomie odżywiać.
Książka jest idealna dla osób takich jak ja, które rozpoczęły swoją przygodę ze zmianą sposobu odżywiania. Nie mam zbyt wiele czasu, aby przeszukiwać strony w internecie na ten temat, a w tej książce - w jednym miejscu znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i nie tylko.

Maria Cross w przystępny sposób analizuje jak i co jeść na śniadanie, obiad i kolację. 
Co sprawia, że śniadanie uważane jest za najważniejszy posiłek w ciągu dnia, jak zachowuje się nasze ciało tuż po przebudzeniu i co ma wpływ na to, że pomimo nocnego postu budzimy się pełni energii? Dlaczego lepiej zjeść owsiankę niż płatki śniadaniowe? Czy słodzić i czym słodzić. Omówione są tutaj również potrawy zjadane na śniadania jak jajka, bekon i kiełbasa, dżemy i słodkie bułeczki. I wiele innych ciekawostek.

Zdawaliście sobie sprawę z tego, że obiad zjadany w zaciszu domu, o określonej godzinie, ze spokojem w miłej, rodzinnej czy przyjacielskiej atmosferze należy powoli do rzadkości? W ciągłym pośpiechu, zanika forma tradycyjnego obiadu. Nie ma to dobrego wpływu ani na zdrowie ani na kondycję psychiczną człowieka. Dlatego zjadajcie obiad nawet w pracy i nie wstydźcie się go przynosić z domu - bo domowy, przygotowany ze zdrowych składników jest najlepszy. Jeśli nie macie pomysłów co zjeść na obiad - z książki Marii dowiecie się co jeszcze można wymyślić.

Jedźcie również kolację, przygotowujcie przekąski oraz to co najważniejsze - pijcie, żeby nie odwodnić organizmu. Ale wszystko to róbmy z głową! Na talerzu przygotowujmy to, co lubimy ale miejmy na uwadze zdrowie i to, że producentowi pokarmów przetworzonych na naszym zdrowiu zależy najmniej.

Powiem Wam szczerze, że potrzebowałam tej książki właśnie teraz, żebym miała potwierdzenie tego co robię dobrego, zmieniając nawyki żywieniowe. A jeśli wszystko podane jest przez autorkę - smacznie- i która jest od ponad 20 lat dietetykiem, zajmuje się jedzeniem, popiera swoje spostrzeżenia badaniami naukowymi do których ma dostęp. A także pisząc o jedzeniu dodaje do tego wiele faktów, obala pewne żywieniowe mity i podaje przepisy kulinarne - warte jest to polecenia :) 

***

Nota ze strony Wydawnictwa

Pożywienie, które codziennie ląduje na naszych talerzach, może być smaczne, ale także okropne. Dzięki niemu możemy poczuć się świetnie, pełni sił witalnych, ale może również powodować różne dolegliwości. Jedzenie może być niebiańską przyjemnością, choć także wspomnieniem z najgorszego koszmaru. Dowiedz się, co zrobić, by codzienne spożywanie pokarmów dostarczało ci nie tylko walorów smakowych, ale przede wszystkim zdrowotnych korzyści.
Spraw, by każdy z twoich codziennych posiłków – począwszy od śniadania, przez przekąski i napoje, aż po kolację – był pełnowartościowy i dostarczał twemu organizmowi jak najwięcej składników odżywczych.
Maria Cross – ekspert od zdrowego odżywiania – przedstawia praktyczne rady na temat tego, co jeść i pić (a czego nie) i dlaczego oraz wskazuje, jakie jedzenie i napoje wybierać, by jak najlepiej ci służyły. Każdy rozdział książki omawia najczęstsze problemy, z którymi spotykasz się na co dzień, między innymi:
  • Czy margaryna naprawdę jest zdrowsza niż masło?
  • Którego oleju powinno się używać do gotowania?
  • Czy jaja i mięso zawierają szkodliwy cholesterol?
  • Jak zmniejszyć ilość spożywanych węglowodanów i czym jest indeks glikemiczny?
  • Jak uniknąć senności po lunchu?
  • Co należy zapakować do pudełka na lunch?
  • Jak to w końcu jest z nabiałem?
  • Dlaczego spożywanie tłustych ryb przynosi korzyści?
  • Jak dostarczać organizmowi witaminę D zimą?
  • Jakie przekąski są najlepsze i dlaczego?
  • Czy można pić kawę bezkofeinową?
  • Co jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o alkohol?
Odkryj podstawy wiedzy o zdrowym i świadomym odżywianiu  i ciesz się pełnowartościowymi posiłkami każdego dnia!

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Illuminatio za możliwość recenzji książki.


Zdrowie na talerzu - Maria Cross
Liczba stron: 208
Rok wydania: 2015
Tytuł oryginału: Food, and how to make a healthy meal of it