sobota, 23 stycznia 2016

Szydełkowy ocieplacz na kubek

Chyba najbardziej ekspresowe zamówienie przed świętami :)
Ale satysfakcja moja i zamawiającego - bezcenna!
Z dużym opóźnieniem pokazuję ale dzisiaj czasu na więcej pisania i siedzenia przed komputerem - brak.
Prawdopodobnie w tym roku - już za parę miesięcy - takich ocieplaczy i podobnych będzie więcej :)

Szydełkowe ubranko na kubki

Zamiast guziczka, albo ściągacza - kokardka.

Szydełkowe ubranko na kubki


czwartek, 21 stycznia 2016

O dziadkach.

To tekst, który napisałam dwa lata temu.
O moich dziadkach.
Najprawdziwsze i jedyne słowa, które nie straciły na aktualności.
Tekst, przy którym płakałam jak pisałam, czytałam i wzruszam się dzisiaj.
Nie umiem niczego o nich innego napisać.
Przypominam go Wam dzisiaj.

***


Jest takie mieszkanie, na czwartym piętrze. Bez windy.
Gdzie słońce wschodzi w kuchni, a zachodzi w sypialni.
Gdzie na śniadanie podaje się kawę "Anatol" w ciemnej szklance. I chociaż zawsze, bez wyjątku w lodówce jest szynka, biały ser i dżem to wszyscy chcą żółtego sera "z mleczarni na rogu".
Jest miejsce takie, do którego chce się wracać, nie ważne ile ma się lat i czy jest się dzieckiem, córką, synem, czy wnukiem czy wnuczką.

Tam stoi stół. Taki z dwiema szufladami. Przez babcię znów malowany na biało. Z wytartą ceratą. I wszyscy, którzy przychodzą do dziadków siadają przy tym stole. Najlepiej po lewej stronie. Nie wiem dlaczego, wszyscy lubią to miejsce. W kuchni jest ciepło, a na piecu jest zawsze obiad. Nawet jak wpadasz znienacka, to coś się dla ciebie znajdzie. Coś pysznego. Albo zupa, albo drugie, czasem w rondelku, coś zostało "z wczoraj". Chociaż babcia od lat piecze nam w święta różne placki, które "nie wyszły jak trzeba", które znikają od razu i jak to mówimy "że śmierdziały malizną, takie niedobre!". Jest pyszne. Nikt tak nie gotuje żuru. Nikt tak nie przyprawia mięsa. Nawet mama (przepraszam Cię mamo!, bo wiem, że to czytasz). Tam nawet herbata ma taki sam smak - codziennie. Z cytryną i dużo cukru.

Babcia lubi kawę. Moje dzieciństwo to zapach kawy mielonej w młynku. Czasem takim drewnianym z rączką, czasem w pomarańczowym, elektrycznym. Pachniało tak samo.
Kawa z cukrem. Dwie łyżeczki. Czasem mi babcia dawała troszkę na spróbowanie, jak oglądałyśmy "Domowe przedszkole". Potem, jak dziadek już nie pracował na kopalni, tylko był na emeryturze szliśmy na spacer. Albo na zakupy, na targ. Albo w różnych wariantach rozchodziliśmy się po Ligocie. Ja z dziadkiem, albo z babcią. Wszystko jedno byle z nimi. Babcia jest zawsze. Nie wiem nawet jak mam to opisać. Jest i jest dobrze. Przytuli gdy jest źle, przytuli bez okazji. Czasem milczy, czasem słucha, poradzi. Babcia zawsze się krząta, musi coś robić. Obiad, pranie, kolacja. I zakupy. Nie wiem dlaczego, ale zawsze babcia ma w ręce siatkę. Na portfel, na klucze, na zakupy.
Wieczorem zawsze się modli różaniec. Jak jestem u niej to klęczymy razem, z czasem, siedzi na krześle przeważnie w ciemności. I szepcze. Za całą rodzinę. I wszystkich umarłych.

Pościel pachnie krochmalem. Dopóki jestem sama, nie ma kuzynostwa, sypiam tam przeważnie z babcią na wersalce. Sny są zawsze pogodne, śpi się dobrze. Z czasem, kiedy dzieci przybywa i jest nas więcej, babcia "z każdym przesypia kawałek nocki", żeby było sprawiedliwie dla każdego. Wszyscy lubią spać u babci i dziadziusia. Lubią tu być nie tylko w weekendy, ale i w tygodniu. W ferie, wakacje. Tutaj, nie gdzieś indziej.
Jest nas sześcioro. Jestem najstarsza. A potem reszta: trzy dziewczyny i dwóch chłopców.
Zawsze dziadkowie traktują nas równo. Nie wiem, jak im się to udaje. Do dzisiaj, żadne z nas nie może powiedzieć, że kochają kogoś mocniej. Równo i koniec i tak ma być i tak jest ze wszystkim.

Pamiętam dziadziusia zdrowego. I bez laski. I prosto trzymającego głowę. Jesienią i zimą chodził w kapeluszu. Latem w czapeczce z daszkiem. Babcia go zawsze ochrzaniała za ten kapelusz, że jak kupił nowy to zawsze trochę przyciasny. Ale on chyba tak lubił. Zimą rumiany jak jabłko. Latem opalony, ciemny z brązowymi oczami. Uśmiechnięty. Zapracowany. Górnik. Kiedyś "dołowy", po wypadku pracował na placu drzewnym. Opowiadał mi kiedyś jak zaczął pracować na kopalni. Był w wojsku i zaproponowali "pracę na dolę", zamiast służby. Zgodził się. Poszedł. Pierwszy zjazd. Ciemnio, drogę rozjaśnia tylko maleńkie światełko. Gorąco jak w lecie. Ciężka praca. Upał. Nie da się wytrzymać. Kiedy mi to opowiadał, latem jak wracaliśmy ze sklepu czy ze spaceru uśmiechał się i mówi, że tak tam było jak ten upał dzisiaj w południe. Człowiek się przyzwyczaił. Obiecałam sobie wtedy, że nie będę uskarżać się na ciepłe lato.
A potem przyszła choroba. Stopniowo. Czasem ze skokami. Do tego lata już nie te. Ot, starość, która się Bogu nie za bardzo, nie dla wszystkich udała. Teraz babcia tak jak kiedyś swoimi dziećmi i nami, opiekuje się dziadkiem. Czasem narzeka, płacze. Kocha.

...

Przyjechaliśmy do dziadków. Lilka ma tydzień. Zrobiliśmy im niespodziankę, bo byliśmy u lekarza, niedaleko. Wchodzę. Panna w foteliku. Babcia nachyla się nad nią. Zachwyca. Dotyka. Oczy jej wilgotnieją. "Wiesz dziadziuś - mówi do niego dziarsko, a on siedzi, który już nie wszystko wie, nie wszystko rozumie i poznaje tylko ją - doczekaliśmy się prawnusi, to możemy umierać...!" I jak gdyby nigdy nic dalej zajmuje się podziwianiem Lilki.

Oj, babciu - myślę sobie, nie możecie, bo kto jej pokaże tyle, co wy, nam?"

...

Pisząc te słowa uświadamiam sobie, że jest wiele wspomnień z nimi związanych. Niektóre sytuacje, jak krótkie filmy migają mi przed oczami. Nic ich nie zatrze. Ale chyba trzeba spisać. Dla siebie, może dla mojego kuzynostwa, może dla Lili.
Mam najukochańszych dziadków. I życzę mojej córce tego samego.
Wspaniałych wspomnień z moimi rodzicami.


środa, 20 stycznia 2016

Karmnik dla ptaków

Przylatują do nas różne ptaszki.
Czasem objadają szyszki, czasem grzebią w ziemi.
Siadają na kratach okna i zjadają ziarenka, które im nasypiemy.
Najwięcej ich zagląda w okna sypialni i łazienki.

Ale nie można jeść tak z parapetu...
W locie...
Znienacka...

Proszę więc męża o karmnik.
-Kupimy?- Pytam.
-Zrobię.- Wzdycham.
Nie doczekam się go za ładnych parę lat.

Mąż siedzi, dłubie w komputerze pół niedzieli.
Z piwnicy wydobywają się dzikie dźwięki.

Karmnik gotowy.
Elegancki.
Jak domek dla lalek.
Czapki z głów!

Tylko teraz trzeba go powiesić... ;)
Nie ma takiego drugiego!

Karmnik dla ptaków

Karmnik dla ptaków

Karmnik dla ptaków

Karmnik dla ptaków

aktualizacja: Karmnik wisi! :D

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Narnia

Już myślałam, że się nie doczekamy.
Ona i ja.
Nie wiem, która bardziej.

-Pać! Śniegu sypi! Siupej! Pojdzimylepickulk, sipko! Wykrzykuje, wystukuje głosikiem słowa bez przystanku. Taka radość dziecka. Najprawdziwsza.

Od okna do okna maszeruje.
Sprawdza, czy zgadza się w każdym oknie ilość spadającego puchu.
Można siedzieć na ciepłym kaloryferze i można patrzeć na zimny świat.

Nie wchodzimy do szafy szukać krainy śniegu.
Narnię mamy za oknem.
Czekamy na Pana Tumnusa.

podróż przez życie

podróż przez życie

podróż przez życie

podróż przez życie

podróż przez życie

podróż przez życie

środa, 13 stycznia 2016

Wspólne dzierganie i czytanie u Maknety (1)

W nowym roku postanowiłam wrócić do regularnego czytania książek i... pozbyć się zalegającej góry wełen w domu. Rozpoczęłam od małych prezentów na święta, które jeszcze z poślizgiem, ale Wam pokażę.

Dobrym pretekstem, żeby wszystko połączyć jest cotygodniowe wyzwanie u Maknety w których chciałabym zacząć brać udział. Co tydzień pokazujemy co szydełkujemy albo robimy na drutach i co aktualnie czytamy. Widzę w tym wiele mobilizacji, uciechy i co najważniejsze - regularności, która jest mi bardzo potrzeba.

A zatem do dzieła!

Po tym, jak szydełkowałam wszystko dla kogoś i nie mam nic dla siebie oraz po tym, jak mąż zwrócił mi uwagę, że może coś dla nas bym w końcu zrobiła - stało się!
Rozpoczęłam szydełkowanie sześciu podstawek pod kubki w kolorze czerwono-białym.
Do tego zaczytałam się po raz kolejny, po 5 latach w książce Jodi Picoult " Już czas", której recenzja również się pojawi.
Czytanie to moje wyzwanie numer dwa - chciałabym przeczytać 52 ksiażki w 52 tygodnie.
Jeśli dodam, że tą książkę przeczytałam w 3 wieczory - może się spokojnie udać :)

Wspólne dzierganie i czytanie

Wspólne dzierganie i czytanie

Za tydzień pokażę ile udało mi się robótki zrobić.


wtorek, 12 stycznia 2016

Minus dwadzieścia w górach

Nocą, kiedy temperatura spada do minus dwudziestu, na dworze jest niesamowicie cicho.
Całą noc możesz nasłuchiwać, nie słychać nic, nawet wiatr milczy.
Księżyc onieśmielony wychodzi zza góry i świeci całą swoją mocą.
Gwiazd na niebie widać miliony.
Wypuszczam psy na na dwór, wracają po chwili do ciepłego domu przed kominek.
Dokładam do niego duże szczapy drzewa, żeby było ciepło już do rana.
Kładę się i przykrywam ciepłą kołdrą.
Otulają mnie ciche oddechy najbliższych, lekkie pochrapywanie psów i męża.
Kornik cicho drąży korytarze w belce nad wejściem do salonu.
Mróz na zewnątrz dalej mrozi.
A rano mamy takie widoki...
 









poniedziałek, 11 stycznia 2016

Zapachy w moim domu - Yankee Candle Winter Glow



W naszym domu nadal stoi choinka, są świąteczne ozdoby i nadal cieszymy się z tego, że był świąteczny czas.
Po zeszłorocznym paleniu świątecznych wosków w tym roku skusiłam się na kolejne.
Tym razem wybierałam sama i nie miałam pojęcia na co się zdecydować, bo asortyment sklepu Goodies za każdym razem mocno mnie zaskakuje.

W przedświątecznym szale przeprowadzki towarzyszył nam zapach Yankee Candle Winter Glow. 
Zapach orzeźwiający a jednocześnie delikatny i piękny, dający lekkiego kuksańca do działania. Faktycznie posiada nutę świerkową - lekko wyczuwalną - taką w sam raz dla nas.

"Wosk ze świątecznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o „chrupiącym” zapachu zamarzniętych gałęzi drzew i świerkowych igieł, rozświetlonych bursztynowymi promieniami zimowego słońca."

niedziela, 10 stycznia 2016

Mroźnie

Jeśli zaczęliśmy ten rok od wyjazdu w góry - to mówię Wam to będzie jakiś dobry znak!
Może tego, że będziemy tutaj gościć częściej niż dotychczas, a może po prostu jakiegoś szczęścia i dobroci w tym roku.
A może zwykłych dni z małymi szczęściami.
Zobaczymy co czas nam pokaże.

A tym czasem, kiedy w górach śniegu nie ma, ale przychodzi mróz, że szczypie miło w policzki.
A oddech staje się białą chmurką.
Minus dwadzieścia...






środa, 6 stycznia 2016

Szydełkowe podkładki

Spróbowałam zrobić szydełkowe podkładki. 
Pod kubki, szklanki, talerzyki.
Wyszły pięknie!
Mam nadzieję, że obdarowani byli zadowoleni :)




wtorek, 5 stycznia 2016

Poświątecznie

Jeszcze wracam do przedświątecznych dni, gdzie sprzątając, myjąc okna, krzątając się sama, bo mąż na delegacji wszystko zaczynało przypominać dom.
Dom dosłowny - ciasny ale własny - nabrał dla mnie zupełnie nowego znaczenia.
Nie jest mi już wszystko jedno.
Wręcz przeciwnie, chce mi się, żeby tutaj pachniało ciastem, było słychać radość, było ciepło i fajnie.

Kupiłam gotową mieszankę do pierników. Dwa opakowania.
I to był zdecydowany strzał w dziesiątkę.
Spędziłyśmy ponad pięć godzin na wałkowaniu, wycinaniu, pieczeniu, dekorowaniu, aż w końcu można było spróbować tych pyszności.
160 pierników jak nic było i wyszło...




Dom też udało się udekorować, żeby ta przytulność aż mi się wylewała, żeby od światła było tak bardzo ciepło!
 Świeczki, świece, lampioniki, światełka na choince, na oknie, w kuchni, w przedpokoju...