.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

środa, 25 listopada 2015

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa - Przygody z książką

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa
Jeśli czytaliście poprzednie posty z akcji Przygody z książką: Dom pod kasztanamiZa Złotą Bramą Kichuś Majstra Lepigliny to będziecie dzisiaj również zainteresowani tą pozycją książkową :)

Kiedy byłam mała i byłam chora, moja mama długo nie wracała z pracy.
Leżąc  w łóżku zastanawiałam się co ją zatrzymało, a kiedy przyszła, miała dla mnie niespodziankę!
Zapisała mnie do najprawdziwszej biblioteki publicznej na naszym osiedlu!
Radość z posiadania prawdziwej, dorosłej kary czytelnika była ogromna ale jeszcze większa z przyniesionych książek.
Jedną z nich była "Bajarka opowiada", a tytułu drugiej nie pamiętam.

"Bajarkę..." miałam w domu miesiąc, przeczytałam wszystkie opowiadania po kolei, a potem te, które podobały mi się najbardziej. Odczuwałam ogromny żal, kiedy szłam ją zwrócić.
Przez kolejne lata trochę o niej zapomniałam w czytelniczym młodym szale.
Aż kiedyś szłam korytarzem dworca PKP w Katowicach i przystanęłam przy antykwariacie otwartym 24 godziny na dobę. Zajrzałam do wielkiego kosza z książkami dla dzieci i wyciągnęłam znajomą okładkę! Uciecha za całe 4 albo 5 złotych!

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa

"Bajarka opowiada" to zbiór baśni z wielu krajów, znajdziecie tutaj baśnie polskie, angielskie, ałtajskie, flamandzkie, indyjskie, włoskie i wiele, wiele innych. Znajdziemy tutaj naszego "Twardowskiego", odpowiedź na pytanie: "Dlaczego woda morska jest słona", poznamy "Królewnę Fokę" i dowiemy się, "Dlaczego małpy nie budują sobie domów".

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa

Przeczytałam i mam sporo książek, które są zbiorami bajek i baśni ale jednak ta książka jest najciekawsza i najlepsza. Przekazują uniwersalne prawdy i wartości, które dotyczą nie tylko dzieci ale i świata dorosłych. Każdy znajdzie w niej coś ciekawego od kultury innych krajów, poprzez różnorodność obyczajów po samą przyjemność opowiadania i czytania baśni.

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa

Podoba mi się również to, że autorka na sam koniec książki podpowiada "Jak opowiadać baśnie i komu", jak dobierać je dla zróżnicowanych małych i trochę większych odbiorców, jak tworzyć kontrasty. Szuka opowiadania baśni nie jest wcale taka prosta, autorka zauważa, że " Kiedy zaczęłam opowiadać baśnie na porankach dla dzieci, stwierdziłam, niebawem, że wśród słuchaczy zwiększa się pomału grono dorosłych i to nie tylko takich, którzy towarzyszą dzieciom." Maria Niklewiczowa opowiadała baśnie wszędzie gdzie jej chciano słuchać, nawet w szpitalu, na łące, górnikom. Była jak ta bajarka na okładce książki.

Pewnie nie ma już bajarzy z prawdziwego zdarzenia wśród nas, a przynajmniej ja takich nie znam. Ale ten zbiór jest odpowiedni do tego, żeby do bajarstwa i opowiadania powracać. Nic tak nie działa na wyobraźnię jak dobrze opowiedziana historia, a w tej książce znajdziecie ich aż ponad pięćdziesiąt!
Ilustracje Maria Orłowska - Gabryś.

Bajarka opowiada Maria Niklewiczowa

Polecam bo napisać, że warto - to jednak jest mało - trzeba przeczytać!

Gdybyście byli zainteresowani tą książką, to poszukałam - jest wydanie z 2006r. w Empiku - cena regularna jest powalająca bo to 49,99 ale oczywiście biegnę do was z alternatywą: allegro od 10 zł.
 A może w waszych antykwariatach ceny będą podobne i nawet zbliżone do mojego zakupu?





Opowiedz mi, Babciu. Opowiedz mi, Dziadku. - Monika Koprivova - zapowiedź wspomnień

Dzisiaj chcę Wam przedstawić dwie książki - albumy.

 "Opowiedz mi, Babciu."
 "Opowiedz mi, Dziadku."

Zacznę od początku :)
 Zawsze marzyłam, żeby usiąść z moimi dziadkami i porozmawiać o przeszłości. O tym jak się żyło pięćdziesiąt lat temu. Żeby opowiedzieli o szkole, radościach, smutkach. O przyjaźniach ich życia, w ważnych wydarzeniach. Zapytać jak sprawy, które znamy tylko z historii, książek wpłynęły na ich losy. Czy zdawali sobie sprawę z tego, że są uczestnikami czegoś, co kształtuje losy nie tylko ich, ale ich dzieci, wnuków, prawnuków.

O ile nasz dziadek jeszcze dał radę z nami rozmawiać i czasem, kiedy oglądaliśmy programy Wołoszańskiego, albo coś o historii współczesnej - chętnie dawał się wciągać w dyskusję i opowiadał. A opowiadał pięknie. O tyle babcia zagadnięta o jej dawne życie - milczy uparcie, albo powtarza nam tylko
dwie historie.
                           
Zanim zdałam sobie sprawę z tego, że ich przeszłość, zanim mieli dzieci, kiedy byli mali, przypadała na czasy powojenne w przypadku dziadka było już za późno na zadawanie pytań. Dziadek już do nas nie mówi.
A z babcią mamy jeszcze szanse!
Dlatego kiedy odpakowałam te albumy z paczki, kiedy przejrzałam, wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, żeby nasza babcia spróbowała się otworzyć.
Dla swoich dzieci, dla nas - wnuków, dla jej prawnuczki.

"Każdy człowiek ma swoją historię, ale dla każdego najbardziej interesująca jest historia jego rodziny. Gdzie są nasze korzenie? Jacy byli nasi przodkowie?
Czego doświadczyli ci, dzięki którym jesteśmy na świecie? Co ich cieszyło, a co martwiło? Jaka z ich  życia płynie nauka dla nas i dla przyszłych pokoleń?"

Ponieważ albumy są bardzo obszerne, mają mnóstwo miejsca na wspomnienia są fantastycznym wstępem do tego aby zacząć rozmawiać o przeszłości. I tak mamy szansę poznać przodków babci i dziadka, oraz ich wspomnienia z nimi związane. Babcia i dziadek mają szansę opowiedzieć o tym, jak się bawili jako dzieci, czy mieli ulubione zabawki. Możemy też zapytać ich o panującą wtedy modę, jak chodzili ubrani.
W albumie obok wspomnień są miejsca na zdjęcia, jest ciekawie, nienachalnie ilustrowany.
Książka kupiła mnie zdecydowanie swoją prostotą.

Musicie trzymać kciuki, bo w najbliższych dniach jedziemy do mojej babci Ani razem z Dziewczynką, mam nadzieję, że znajdziemy chwile czasu na to, aby zacząć uzupełniać nasz album. Prawdopodobnie wspomnienia babci połączę ze wspomnieniami na temat dziadka - w jednym albumie. Zobaczymy czy tak nam się uda.
Muszę przekonać babcię do zwierzeń i opowiadań.
Chciałabym również aby kilka ciekawych wspomnień wraz ze zdjęciami znalazło się tutaj, aby pokazać jak powstaje nasz album o babci i dziadku.

Drugi chciałabym, aby rozpoczęli uzupełniać moi rodzice :)

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się jeszcze czegoś na temat - pytajcie, odpowiem w następnym poście o albumie.

Jeśli bylibyście zainteresowani tymi albumami - które są doskonałymi prezentami na święta - zajrzyjcie na stronę Moi dziadkowie





Post powstał przy współpracy z moidziadkowie.pl
Zdjęcia ze strony: moidziadkowie.pl

wtorek, 24 listopada 2015

Kiedy słów brakuje

Omijam ostatnio tematy trudne, dziecięce, głębokie i takie, które wymagają ode mnie trochę więcej wysiłku.
Nie, one niestety nie omijają mnie w życiu, a szkoda.
To sobie trochę tutaj odpuściłam, chociaż napisałam parę postów, które wrzucę w grudniu, bo w listopadzie nie mam na nie ochoty.
Wiecie, czasem warto nie napisać nic, niż żołądkować się, że coś nie wyszło, albo że humor nie należy do najlepszych dzisiaj, czy też wczoraj.
Czasem trzeba odpuścić.

Codziennie padam na paszczydło razem z moją córką, czyli gdzieś między 23 a 2 w nocy.
Prawdaż ileż mam czasu w ciągu dnia jeśli wstaję najpóźniej o 8?

Dzieje się dużo, chociaż każdy dzień jest bardzo do siebie podobny, dla obserwatorki, która zagląda do nas zza kuchennej firany regularnie, codziennie, to pewnie jesteśmy aż nudne. I czasem myślę, ze ta obserwatorka sprawdza, czy coś nie zmieniło się w naszej porannej szczególnie rutynie, bo to byłaby dopiero rozrywka! A tak, to nic, flaki z olejem od rana do wieczora - zabawy, rysowanie, jedzenie, wygłupy, śmiechy chichy, małe i większe tragedie, śpiki u nosa i sikanie do nocnika.
Nudą wieje, prawda?
I my tak codziennie, codziennie nawet w weekendy.

Zostawiam Was z jesiennymi zdjęciami zamiast reszty słów
A jutro czekajcie na nowy post :)
Miłego!












czwartek, 19 listopada 2015

Pewnego dnia Emily Giffin - audiobook

Pewnego dnia Marianne spotyka chłopaka. Mają po osiemnaście lat, oboje są młodzi, zakochani, tuż przed maturą. Szaleńcza miłość kończy się pozytywnym testem ciążowym, którego wynik Marianne zataja przed ojcem dziecka, swoim ojcem, koleżankami i wszystkimi, których mogłoby to interesować. O jej tajemnicy wie tylko jej matka. Marianne wyjeżdża aby urodzić w spokoju dziecko i oddać je do adopcji. Podejmuje najważniejszą i jednocześnie najtrudniejszą decyzję w życiu.
Podejmuje ją i nigdy o niej nie zapomina.

Pewnego dnia Kirby dowiedziała się, że kiedy ukończy osiemnasty rok życia, będzie mogła zajrzeć w swoje papiery w ośrodku adopcyjnym i dowie się kim jest jej biologiczna matka. Pomimo tego, że w rodzinie adopcyjnej jest kochana, nie jest jej źle, postanawia odszukać swoje korzenie. Jest ciekawa dlaczego matka ją zostawiła i kim był jej ojciec.

Pewnego dnia osiemnastoletnia Kirby staje na progu mieszkania swojej matki Marianne, poważanej producentki filmowej, która wiedzie ustabilizowane życie w Nowym Jorku.

Jak to spotkanie wpłynie na obie bohaterki? Czy Kirby dowie się kim był jej ojciec, dlaczego matka ją oddała i czy ta historia ma szansę na pozytywne zakończenie w morzu tajemnic, które odkryją przed sobą bohaterowie?

"Pewnego dnia" Emily Giffin w interpretacji Agnieszki Wagner jest bardzo ciekawym, kobiecym audiobookiem. To dobrze napisana historia, na przemian narratorkami są matka i córka, co pozwala nam na dogłębne poznanie ich w danej sytuacji, co rozważają zrobić, co myślą o sobie wzajemnie.
Ta książka porusza temat adopcji w Stanach niemniej jednak jest ona poruszona w sposób uniwersalny - nie chodzi o procedury - a o to, co dzieje się po latach takiej decyzji, jak wpływa ona na dalsze życie.

Polecam.

Wpis powstał przy współpracy z audioteka.pl

wtorek, 17 listopada 2015

Pragnienie

Kiedy wczoraj przeczytałam w książce Mariusza Szczygła "Mieszkanie nigdy nie będzie moje, ale nie ma to większego znaczenia, bo - jak się Państwo domyślają - będzie moje już na zawsze."
Zamknęłam oczy i książkę i dalej  już nie czytałam.

To zdanie weszło we mnie głęboko.


To miejsce w moim sercu, umyśle w każdej komórce w każdej chwili - będzie tam już na zawsze.
To będzie tak, że jak mówię alby myślę "góry" to przechodzi mnie lekki dreszcze niepokoju połączonego z podnieceniem i mam zaraz wilgotne dłonie.
Ale jeszcze dużo brakuje do objawów kiedy wymawiam i myślę "Tatry, Zakopane" i każdą pokrewną góralską nazwę.
Dobrze, że daleko mi jednak do omdlenia.
To wtedy oprócz dreszczy czuję się po prostu swobodnie.
Czuję wszechobecny spokój i ciepło.
Jestem sobą z całym moim dobrodziejstwem przywar i trudnym charakterem i strachami, które wczepiają mi się pod skórę i dziwnymi pokładami dobroci.
Tam czuje, że żyję pełniej niż gdziekolwiek indziej.

Taki chciałabym mieć tam pokój.
Drewniany ze stołem i krzesłem i łóżkiem.
Kąt do życia.
Nie sama ale dla nich też - dla niego i dla niej.
Dla naszej miłości.
Egoizm we trójkę.
Egoizm rodzinny.

A może nawet chciałabym mieć tam mieszkanie.
Na maleńkim, starym stryszku, drewnianego domu.
Pachnący przeszłością.
Życiem innych ludzi, odnalezionym przez nas.
Żeby pod oknem szurały buty i głosy turystów.
Nocne rozmowy, które toczą się po kostce Krupówek pod samą Gubałówkę. (a może nawet i puste flaszki)

Chciałabym.

Mieć dom.
Oczywiście drewniany.
I taki maleńki.
Z kominkiem i jasną kuchnią.
Żeby nam ocieplał codzienne chwile.

Chciałabym tam mieć moje własne okno.
Z widokiem, który zachwyca mnie spod zamkniętych powiek.
Nieustannie.
Który wprowadza ten spokój, tą harmonię.
Przy którym czuję się tylko maleńkim człowiekiem dużego Boga.
Który pozwala mi tylko milczeć z zachwytu, bo słowa są niepotrzebne.

Ot, takie małe moje pragnienie.

czwartek, 12 listopada 2015

Kichuś Majstra Lepigliny Janina Porazińska - Przygody z ksiażką


"Kichuś" Janiny Porazińskiej to kolejna książka, którą chciałabym Wam przedstawić w projekcie "Przygody z książką".

Moje pierwsze spotkanie z Kichusiem miało miejsce bardzo, bardzo dawno temu, kiedy na dobranoc dziadkowie wyświetlali mi filmy z projektora "ania" na ścianie. Pamiętacie te czasu? I filmy na kliszy?
To właśnie tam miałam (i mam dzisiaj) bajkę "Kichuś Majstra Lepigliny".

Drugie spotkanie nastąpiło niedawno, kiedy postanowiłam przejrzeć najwyższą półkę z książkami dla dzieci ale tych zdecydowanie starszych, jeszcze nie dla Dziewczynki. Cztery lata temu, przyznaję, że wrzucałam tak książki jak popadnie, nie patrzyłam co tam mamy dokładnie i zupełnie o nich zapomniałam. Ale kiedy przeczytałam na okładce, że to Kichuś - od razu rzuciłam wszystko, żeby go sobie obejrzeć i przeczytać, bo książki nie znałam.
Książka należała do babci Joasi i cioci Krysi, rodziny ze strony mojego męża. Poznaję to po tym, że w rogach książek są numery, tutaj 43 - prawdopodobnie ich tato lub dziadek katalogowali książki.


Na ilustracji powyżej widzicie Kraków, a dokładniej podzamcze krakowskie, to tutaj bowiem został ulepiony z gliny przez Majstra Szymona Lepiglinę, po suto zakrapianych chrzcinach Kichuś. Kichuś to małe chłopczątko, którego pierwszą prośbą było, aby zażyć tabaki...  I tak, kichał, tak kichał, że z tego kichania powstało jego imię.

Zapomniałam na wstępie dodać, że Kichuś jest książką dla starszych dzieci, o czym informuje nas ostrzeżenie na okładce (rok 1956!), bo piwo się leje, mogą lecieć baty i krzyczy się na dzieci. Obecnie mało edukacyjne wychowanie.


Kichuś to taki  polski odpowiednik Pinokia.
Jest cały z gliny, ma nawet gliniane, bijące serduszko.Troszkę naiwny, ale pełen sprytu i dobroci.

Przygody małego chłopca są ciekawe i przeplatają się z krótkimi opisami tego, co dzieje się na krakowskich ulicach prawdopodobnie w XVIII.
Są przekupki, szewcy na ulicy Szewskiej, żony majstrów czyli majstrowe, Kafelkowa i wiele innych.
To książka o tym, że dorośli mają ciężkie życie, a dzieci jeszcze cięższe, że trzeba pracować, że bieda jest częścią życia, ale pracą można zasłużyć sobie na coś lepszego.


Język książki pełen jest wyrazów już dawno zapomnianych. Jak miło mi było czytać: o stągwi, antałku, ślozach, saganach, uplotkach... ach!

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o ilustracjach pani Marii Orłowskiej, której podobnie jak Szancerowi zawdzięczam wspaniałe, magiczne dzieciństwo!

Pamiętajcie - zaglądajcie do antykwariatów, bibliotek, szukajcie ciekawych starych książek :)


poniedziałek, 9 listopada 2015

Śląskie Targi Książki 2015


Od piątku do niedzieli (6-8 listopada)  miały miejsce w Katowicach Śląskie Targi Książki.
Premierowa odsłona  w nowym budynku Międzynarodowego Centrum Kongresowego obok Spodka.
Chociaż miałam wiele wątpliwości, bo w mojej głowie było jeszcze wspomnienie z Targów w Spodku sprzed dwóch lat, na których nic się nie działo i było nieciekawie, to tuż po przekroczeniu progu hali wystawowej wspomnienie zostało zamazane.
Alina miała dobry pomysł, żeby jednak wyjść z domu i spotkać się z obłędną ilością literatury w jednym miejscu!



Dla dzieci wiele wydawnictw, zabaw edukacyjnych i gier - można było pograć z rodzicami, powycinać różności i bardzo dobrze się bawić.


Książki to jedno, a spotkania autorskie i podpisywanie książek to drugie. Oto mamy panów Ogórka i Bralczyka na jednej scenie z Tadeuszem Górnym. Na innym stoisku Bronisław Cieślik podpisywał książkę podobnie jak Lidia Miś i wielu innych autorów.




Stanowiska nasze rodzime - śląskie - Muzeum Historii Katowic, Miejska Biblioteka Publiczna,  Muzeum Ślaskie, Muzeum Zamkowe w Pszczynie.

Bardzo zaskoczyła mnie wymiana książek, którą opiekowali się Śląscy blogerzy książkowi. Wymieniłam moje przeczytane książki, które były dla mnie "na raz" na inne w bardzo dobrym stanie.
Katowickie targi na pewno nie są porównywalne do tych krakowskich, o których czytałam na blogach.
Są bardziej kameralne. Ale warto było :)

Nogi, nózie, nóżki...


Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, że dziecięce małe nogi mogą być tak fantastyczne.
Można je pokochać na amen.
Można się zachwycać.
Całować.
Łaskotać.
Istne matczyne szaleństwo.
Niewytłumaczalne!


Post w ramach wyzwania u Maknety

Niebieskie niebo i bociany

Czarny bocian

Zbyt często w ostatnich miesiącach spoglądam w niebo. Zdarza się, że z niepokojem.
Naiwna, naczytałam się głupot i sobie to niebo oglądałam na rożne sposoby.
Już, szczęśliwie przestałam i żyje mi się spokojniej.

Na niebieskim wrześniowym niebie mieliśmy w górach spektakl nie byle jaki.
Najpierw przyleciał jeden czarny ptak. Z daleko przypominał coś orłowatego.
Ale kiedy przyleciał nad pobliską górę okazało się, że ma zbyt długą szyję i do tego dużo większe skrzydła.
Bocian czarny, bo o nim mowa  dał nam popis podniebnych akrobacji.
A w tle niebo. Piękne, bezchmurne niebieskie tak bardzo!

Czarne bociany

Po chwili okazało się, że bocian nie jest sam.
Dołączył do niego drugi.
I tak oto obejrzeliśmy piękny lot pary bocianów.
Możliwe, że szykowały się już do odlotu.
Za rok pewnie znów przylecą.

Czarne bociany

Czarne bociany

Czarne bociany

Jeśli jesteście ciekawi jak zinterpretowały ten temat wyzwania inne uczestniczki - zajrzyjcie do Maknety

piątek, 6 listopada 2015

Prosto


Od momentu, kiedy spakowałam pierwsze pudło z rzeczami, które nie są mi do niczego potrzebne ulżyło mi.
Wyrzuciłam dwa ogromne wory rzeczy zmagazynowanych, właściwie nie wiadomo po co.
Przejrzałam ubrania, okazało się, że mieszczą się na jednej półce i paru wieszakach.
Jedni nazwą to porządkami, inni wstępem do slow life.
Tylko ja nie potrzebuję do tego książek i poradników, jak uporządkować sobie życie, przedmioty i świat dookoła. Ja potrzebuję tylko czasu, żeby ogarnąć i dojrzeć do pewnego typu prostoty.
Nie od wczoraj bowiem wiem, że im mniej to jednak lepiej.
Im skromniej tym lepiej mi się jednak żyje.
Im mniej mam.
Tym jest mi prościej.
Mój mąż tego nie rozumie.

I dzień mniej zabiegany i czasu więcej na proste czynności.
Kiedy nic nie zalega, nie wadzi, nie każe o sobie myśleć.
W głowie też z tego powodu lepiej.

Prosto do celu, ale powoli.
A trochę tych celów mi się ostatnio nazbierało.



czwartek, 5 listopada 2015

List stamtąd

róża
Zdjęcie pochodzi z mojego starego bloga.

Dawno temu pisałam wiersze.
Nic wielkiego, zwykła plątanina słów z której układały się zdania.
Koniecznie bez interpunkcji, żeby czytający mógł interpretować sobie "dzieło" w dowolny sposób. Czytający czy też odbiorca to w moim przypadku bardzo skromne grono: rodzice, babcia, polonistka i mój mąż. 
Na listopadowe hasło w wyzwaniu od razu sobie przypomniałam, że mam taki wiersz zupełnie smutny i listopadowy. Pisałam go jak byłam zła, złość zawsze mi przechodziła kiedy wylałam słowa na papier. 
To taki mój list. Smutny. Stamtąd. 


List  stamtąd 

kochany,
jesień mnie zabiła
z wszystkimi kolorami
miłości i babim latem
liśćmi spadającymi pod nogi
szumiącym deszczem anielskich modlitw
o zbawienie – być może moje
oczy
tego nie zobaczą
rąk skostniałych
z zimna
wszystkich krzyków rozpaczy
nie usłyszę
szeptów Twoich
wystarczających żebym
zasnęła na zawsze
przy Tobie wtulona
w kąt pokoju
zagoniłeś cienie
wszystkich umarłych
żebym z nimi

wróciła

środa, 4 listopada 2015

Ma być pysznie!


Wiecie, że słowo pycha posiada 94 synonimy w słowniku synonimów?
A, to ci pyszne słowo się nam trafiło u Maknety! Może mu się w głowie zawrócić od tej ilości znaczeń.
(To było wczoraj, wiem. Ale ja się uparłam, że te 30 dni pisać będę i piszę. Tylko wczoraj nie udało się już opublikować, więc dzisiaj będą posty dwa.)

Z tego nagromadzenia "najważniejsze grupy znaczeniowe: » pycha - np. wygórowane ambicje » pycha - np. dobre ciasto » pycha - np. o potrawie, o jedzeniu » pycha - np. potrawa » pycha - np. duma go rozpiera » pycha - np. o jedzeniu, piciu pycha" wybrałam sobie to najsmaczniejsze - o jedzeniu.

A o jedzeniu ze mną to trudno rozmawiać. Bo ja jestem trochę taka dzika. I już tłumaczę dlaczego. Otóż, jeść lubię, mam ulubione potrawy, smakołyki i dodatki. Lubię ich specyficzny smak - znaczy zupa ma być taka i taka, żeby była dobra, a sałatka tak i tak - żeby mi, nam, smakowała. I właściwie tyle w temacie mogłoby pozostać. Jak jest smaczne, to zajadam. A ja nie lubię smakować nowego. Nie mam ciągot do poznawania nowych potraw. Ba, mam doświadczenie takie, że jak już spróbuję to klapa.
Weźmy na przykład takiego dorsza, byliśmy z mężem na obiedzie, myślę, pysznie wszystko wygląda, tym dorszem się zajadają - poproszę. Nie dałam rady... tak bardzo chciałam i nic mi z tego nie wyszło. Wszyscy zajadali się i wychwalali i ja szukałam jakby tu pokątnie nie wyrażać swojego zdania głośno.
Przykładem kolejnym mogą być sery - namawiają mnie, żebym sobie spróbowała czegoś nowego - no proszę kupuję, grzecznie po parę plasterków, próbuję. Od razu przyznaję się, że nie kupuję tych, które mi zbyt ostro pachną, bo to już klapa w przedbiegach. A jak za ostry smak, to żołądek fiksuje.
I ciężko mi z tym jedzeniem jest okropnie.

Ale ma być lepiej.
Prawdopodobnie tak będzie, ale czeka mnie smakowa, długa droga.
Cel chcę osiągnąć. Do wygrania mam dużo.
Mam zmienić nawyki żywieniowe.
Mocno. Chociaż już częściowo zmieniłam, bo po ciąży, a potem przez to, że karmiłam piersią ponad dwa lata i leczenie było niemożliwe - została mi pamiątka w postaci zapalenia żołądka.
Po leczeniu antybiotykiem i diecie, coś z niej nadal w moim żywieniu zostało. Gotowanie lekkie, na parze, duszenie, a nie smażenie, mało mięsa, warzywa, owoce.

Mam zmienić nawyki żywieniowe, żeby wrócić do wagi dużo sprzed ciąży i czuć się lepiej.
I boję się tego i nowych smaków i nowych wyzwań kulinarnych.
Bo zakładam, ach, chciałabym, żeby było pysznie. Wiem, że inaczej, ale pysznie!
I trzymajcie za mnie kciuki bo od informacji na etykietach robi mi się gorąco. Jeszcze nie dlatego, że już rozwiązałam wszystkie skróty E-coś tam, nie, nie takich się wystrzegam, ale od tego, że poświęcam więcej czasu na ich czytanie, ale moje niecierpliwe dziecko w tym czasie eksploruje półki sklepowe w zastraszającym tempie i zaczepia personel...

Czytam, notuję, znajduję, wymieniam, będę gotować i jeść inaczej.
Trzymajcie za mnie kciuki!


poniedziałek, 2 listopada 2015

Dzisiejszy ranek


Co może się stać w taki listopadowy ranek? Zwykły, najzwyklejszy...

Wstaję z łózka, bo nie ma dla mnie już na nim miejsca, dziewczynka śpi  w poprzek
Nie budzę męża, który śpi na kanapie kompletnie przygotowany do pracy, już już wychodzi, ale jeszcze sen go dopadł i chrapie.
Kot i pies w kłębek zwinięte, prawie obok, prawie się dotykają łapkami, ale jednak są ostrożne.

Słońce świeci mocno, takie to nie listopadowe, dziwne. Ciepło przez okno wpada. Miło
Już pisałam o październikowym poranku, nie zapowiada się jednak, że moje stopy w listopadowe, poranne chłody będą znów stały na kafelkach - o nie! Nie tym razem, za zimno! Koniec naturalnej krioterapii.

Za to, za okno spoglądam z uśmiechem. Liście spadają, to mamy jasno. W końcu! Czekam na to co roku, żeby do tych mikro pokoików wszedł w końcu jasny dzień.

I za tym oknem dzisiaj o poranku gość niesamowity zawitał.


Dom pod kasztanami Helena Bechlerowa

Dom pod kasztanami
Pamiętacie mój poprzedni post o Kasi i Piotrusiu z książki "Za złotą bramą?"
Dzisiaj opowiem Wam o pierwszej część ich przygód, które dzieją się w "Domu pod kasztanami".
Wiem, że publikuję nie po kolei, ale wierzcie mi, że dla przygód dzieci nie ma to znaczenia. "Za złotą bramą" i opowiadania z "Domu pod kasztanami" mogą być czytane w dowolnej kolejności.

"Tygrysku, dziwne oczy masz,
tygrysku, pewne czary znasz.
Więc na twoje zawołanie
coś dziwnego niech się stanie."



Kasia i Piotruś spędzają wakacje u swoje cioci Iwy, ciocia mieszka w małym domku pod kasztanami. Domek otoczony jest dzikim winem, grządkami kwiatów, aleją drzew. Magiczne miejsce, które pod wpływem wyobraźni dzieci staje się miejscem ich niezwykłych przygód.

Ciocia ma kota, ot takiego zwykłego, rudego Tymonka, który lubi pić mleko z miseczki i przechadzać się kocimi ścieżkami. Jednak jest w nim coś niezwykłego, kotek staje się prawdziwym tygryskiem, który zna tajemnicze zakamarki, ma swoje królestwo na strychu i prężąc grzbiet przenosi dzieci do makówkowego króla, na wsypę piratów czy też do Afryki, gdzie czeka na nich wiele przygód!  I znów spotykamy się z ogromną dziecięcą wyobraźnią, która zwykłe zabawy zamienia w piękny, daleki świat, pełen czarownic, królów i innych bohaterów.

Helena Bechlerowa swoim pięknym literackim językiem sprawia, że sprawy mało istotne dla dorosłych stają się niesamowicie ważne i wciągające dla dzieci.

Na książkę składa się piętnaście różnych rozdziałów - każda to inna przygoda w domu pod kasztanami, bądź w jego okolicy. Dopełnieniem są ilustracje Jana Szancera - utrzymane w charakterystycznym stylu.

Powiem Wam, że dla Lilki ta książka jest zbyt długa, ale fantastycznie skupia się właśnie na obrazkach. Opowiada co na nich widzi, co robią postacie, tworzymy swoją własną, jeszcze inną wersję "Domu pod kasztanami".
Publikacja obecnie na rynku jest niedostępna. Zachęcam jednak do przejrzenia półek u dziadków, rodziców czy też w bibliotekach i antykwariatach.

Dom pod kasztanami

Dom pod kasztanami

Wpis powstał z myślą o trzeciej edycji Przygód z książką Zajrzycie, poczytajcie :)