.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

wtorek, 17 lutego 2015

Kocie opowieści na Dzień Kota

Zawsze chciałam mieć kota.
Żeby mruczał mruczanki, spał na moich kolanach i miękko stąpał po podłodze.
Rodzice, a raczej mama mówiła zawsze nie. Ale kiedy małe, nieporadne, parotygodniowe kocię uparcie wchodziło pod jej długą spódnicę, powiedziała, że może moglibyśmy takiego mieć.
I koniec tematu. Nic się więcej nie zdarzyło.
Ale ja miałam plan.
Mama pojechała do domu, a ja z tatą przygotowaliśmy wiklinowy koszyk, mleko rozpuszczone wodą i przyniosłam go do babcinego domu.
Maleńkiego, wymarzonego!
To była długa noc. Musiałam pilnować, żeby kocio nie wszedł za piec, żeby się nigdzie nie zsiusiał i w ogóle :) Dużo emocji!
Na drugi dzień, jechaliśmy razem autobusem PKS do Katowic. Do nowego domu.
Kiedy moja mama go zobaczyła, takiego nieporadnego, pijącego mleko z zakrętki od słoika, bo wszystkie inne spodeczki były za wysokie - pokochała od razu!

Przedstawiam Wam Lumpka - kotożbika, o mądrym spojrzeniu, długich wąsach, morderczych zapędach, ostrych zębach  i pazurach!




Trafił do nas przypadkiem. Koleżanka mamy chciała oddać go do schroniska, bo dostała psa.
Dopóki pies był mały, było między nimi ok. A potem lablador urósł i zaczęli sobie wzajemnie przeszkadzać. Kot zamieszkał na szafkach, bo tam pies go nie umiał dosięgnąć.
Mama się bardzo wzruszyła i przejęła jego historią.
Miał zostać na chwilę, na tymczas. Został do dziś.

Poznajcie Kubusia. Nie ma drugiej takiej kociej miłości na czterech nogach. Uwielbia się przytulać. Uwielbia i kocha nad życie mamę. Kiedy mama wyjeżdża od rana strzela focha i nie da się przytulić!




Największa szelma w całym towarzystwie była tak chora, że jak go wiozłyśmy śmierdziało pół autobusu. Cóż... mówią, że sr...ka nie wybiera ;) Na szczęście wyszedł z choroby bez szwanku. Adoptowany... cóż, chyba bez powodu :) znaczy z miłości. Taka mordka, że hej.
Najbardziej szalony, skoczny i mruczący. Teodor zwany Teo.





Powyższe towarzystwo mieszka z moimi rodzicami.  Tęsknie za nimi niesamowicie.
Wspominam jak psocili, bili się, czy po prostu spali ze mną. Kocham całym sercem całą trójkę!


Ale po ślubie, w starym mieszkaniu mieliśmy tylko młodego psa ;)
Mało, prawda? ;)
Postanowiliśmy być domem tymczasowym dla małego, czarnego koteczka.
Koczowała pod sklepem, sama, samiuteńka!
Kiedy przywiozła go do nas koleżanka okazało się, że tylko kolor się zgadza, a kotek jest kotką i to już dorosłą, około dwuletnią!
Dom tymczasowy zamienił się w dom stały, bo najpierw pokochaliśmy ją my, a zaraz po tym, nasz pies
Ostoja spokoju, piękna i gracji. Koteczka, która nie miauczy i bardzo cichutko mruczy - słychać to tylko wtedy, kiedy się ją przytuli.

Oto Czarna Kota



Jeśli myślicie, że to wszystkie koty naszego życia i kocie opowieści, to się mylicie.
Na koniec mam historię najbardziej przejmującą.

Czasem, a nawet często zdarzają się koty, które są bardzo kochane i zadbane ale dotyka je jakaś tragedia: wypadek, choroba albo jakaś inna przyczyna i kot staje się bezdomny.
W tym przypadku koteczka miała wypadek w domu, po którym trzeba jej byłą odjąć jedną, tylną łapkę.
Właściciele przywieźli ją do lecznicy... i podjęli decyzję, że jej już nie chcą. Nie jest im potrzebny kot inwalida, bez nogi, bo w domu mają jeszcze inne, zdrowe, ukochane.
Ta kicia najpewniej zginęłaby w schronisku pełnym zarazków i chorób.
Nasza znajoma poprosiła, żeby kotka w naszym domu przeszła rekonwalescencję. Mąż dawał jej zastrzyki, a ona leżała na nim i lizała po rękach, szyi, twarzy i mruczała, to musiała być wdzięczność, nic innego!
Miała trudności z przyzwyczajeniem się, do tego, że ma trzy łapki. Dużo leżała, a kiedy już wstawała kręciła się w kółko, miauczała, mrałała i darła mordkę na wszystkie możliwe sposoby.
Po ponad pół roku, wszystko się uspokoiło i jak się domyślacie, została z nami :)
Fifi albo zwana pieszczotliwie Fifka wiedzie żywot kota bardzo naziemnego. Nie skoczy wyżej niż na kanapę i krzesła, więc wyżej musi być noszona na rękach - prawdziwa szylkretowa królowa!


Gdyby ktoś był zainteresowany jak nasze zwierzęta reagowały na nowego członka rodziny - Lilkę - możecie zerknąć do posta: Lila i zwierzęta. Zapraszam!

A na koniec moje ulubione zdjęcie:
Lumpek i Klara


9 komentarzy:

  1. Gdyby nie blogosfera na pewno nie dowiedziałabym się, że dziś (tzn. wczoraj) był dzień kota :)
    Lubię to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej miauczący dzień w roku ;)

      Usuń
  2. Kiedyś nie lubiłam kotów. Dziś już je akceptuję ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnie zdjęcie - genialne:) Wszystkie kociaki są przeurocze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja uwielbiam koty choć różne przygody z nimi miałam, najbardziej klakiera lubiłam przywiozłam go od kolegi jeszcze nie umiał dobrze jeść, a gdy trochę podrósł był najlepszym fryzjerem. Siadał nad osobą na fotelu lizał włosy i łapkami je czesał, ale tata nie dopilnował i uciekł gdy były uchylone drzwi...

    OdpowiedzUsuń
  5. o matko, ostatnie zdjęcie hit :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Mama... tak sobie myślę, że musiała kochać koty, tylko o tym długo nie wiedziała ;)) buziole!

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja kiedyś koty lubiłam, dziś nie....

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tutaj ze mną jesteś :)