poniedziałek, 23 lutego 2015

Kominy z Pepco czyli będę mieć super koc!

W tym tygodniu chcę Wam pokazać jakie upolowałam dwa kominy w wyprzedażowym koszu Pepco
za oszałamiającą cenę 9,99.
Pomyślałam, że jak je rozpruje z boku i zszyję będę mieć bardzo fajny koc!
W sam raz na wiosenne poranki albo wieczory z książką na balkonie (okaże się, czy przy Lilce będzie to możliwe!:) :)
Obecnie jestem w fazie rozpruwania pierwszego, ale jak skończę i zszyję pokażę Wam efekty :)

Piękne warkocze!

komin koc PEPCO

komin koc PEPCO






















wtorek, 17 lutego 2015

Kocie opowieści na Dzień Kota

Zawsze chciałam mieć kota.
Żeby mruczał mruczanki, spał na moich kolanach i miękko stąpał po podłodze.
Rodzice, a raczej mama mówiła zawsze nie. Ale kiedy małe, nieporadne, parotygodniowe kocię uparcie wchodziło pod jej długą spódnicę, powiedziała, że może moglibyśmy takiego mieć.
I koniec tematu. Nic się więcej nie zdarzyło.
Ale ja miałam plan.
Mama pojechała do domu, a ja z tatą przygotowaliśmy wiklinowy koszyk, mleko rozpuszczone wodą i przyniosłam go do babcinego domu.
Maleńkiego, wymarzonego!
To była długa noc. Musiałam pilnować, żeby kocio nie wszedł za piec, żeby się nigdzie nie zsiusiał i w ogóle :) Dużo emocji!
Na drugi dzień, jechaliśmy razem autobusem PKS do Katowic. Do nowego domu.
Kiedy moja mama go zobaczyła, takiego nieporadnego, pijącego mleko z zakrętki od słoika, bo wszystkie inne spodeczki były za wysokie - pokochała od razu!

Przedstawiam Wam Lumpka - kotożbika, o mądrym spojrzeniu, długich wąsach, morderczych zapędach, ostrych zębach  i pazurach!




Trafił do nas przypadkiem. Koleżanka mamy chciała oddać go do schroniska, bo dostała psa.
Dopóki pies był mały, było między nimi ok. A potem lablador urósł i zaczęli sobie wzajemnie przeszkadzać. Kot zamieszkał na szafkach, bo tam pies go nie umiał dosięgnąć.
Mama się bardzo wzruszyła i przejęła jego historią.
Miał zostać na chwilę, na tymczas. Został do dziś.

Poznajcie Kubusia. Nie ma drugiej takiej kociej miłości na czterech nogach. Uwielbia się przytulać. Uwielbia i kocha nad życie mamę. Kiedy mama wyjeżdża od rana strzela focha i nie da się przytulić!




Największa szelma w całym towarzystwie była tak chora, że jak go wiozłyśmy śmierdziało pół autobusu. Cóż... mówią, że sr...ka nie wybiera ;) Na szczęście wyszedł z choroby bez szwanku. Adoptowany... cóż, chyba bez powodu :) znaczy z miłości. Taka mordka, że hej.
Najbardziej szalony, skoczny i mruczący. Teodor zwany Teo.





Powyższe towarzystwo mieszka z moimi rodzicami.  Tęsknie za nimi niesamowicie.
Wspominam jak psocili, bili się, czy po prostu spali ze mną. Kocham całym sercem całą trójkę!


Ale po ślubie, w starym mieszkaniu mieliśmy tylko młodego psa ;)
Mało, prawda? ;)
Postanowiliśmy być domem tymczasowym dla małego, czarnego koteczka.
Koczowała pod sklepem, sama, samiuteńka!
Kiedy przywiozła go do nas koleżanka okazało się, że tylko kolor się zgadza, a kotek jest kotką i to już dorosłą, około dwuletnią!
Dom tymczasowy zamienił się w dom stały, bo najpierw pokochaliśmy ją my, a zaraz po tym, nasz pies
Ostoja spokoju, piękna i gracji. Koteczka, która nie miauczy i bardzo cichutko mruczy - słychać to tylko wtedy, kiedy się ją przytuli.

Oto Czarna Kota



Jeśli myślicie, że to wszystkie koty naszego życia i kocie opowieści, to się mylicie.
Na koniec mam historię najbardziej przejmującą.

Czasem, a nawet często zdarzają się koty, które są bardzo kochane i zadbane ale dotyka je jakaś tragedia: wypadek, choroba albo jakaś inna przyczyna i kot staje się bezdomny.
W tym przypadku koteczka miała wypadek w domu, po którym trzeba jej byłą odjąć jedną, tylną łapkę.
Właściciele przywieźli ją do lecznicy... i podjęli decyzję, że jej już nie chcą. Nie jest im potrzebny kot inwalida, bez nogi, bo w domu mają jeszcze inne, zdrowe, ukochane.
Ta kicia najpewniej zginęłaby w schronisku pełnym zarazków i chorób.
Nasza znajoma poprosiła, żeby kotka w naszym domu przeszła rekonwalescencję. Mąż dawał jej zastrzyki, a ona leżała na nim i lizała po rękach, szyi, twarzy i mruczała, to musiała być wdzięczność, nic innego!
Miała trudności z przyzwyczajeniem się, do tego, że ma trzy łapki. Dużo leżała, a kiedy już wstawała kręciła się w kółko, miauczała, mrałała i darła mordkę na wszystkie możliwe sposoby.
Po ponad pół roku, wszystko się uspokoiło i jak się domyślacie, została z nami :)
Fifi albo zwana pieszczotliwie Fifka wiedzie żywot kota bardzo naziemnego. Nie skoczy wyżej niż na kanapę i krzesła, więc wyżej musi być noszona na rękach - prawdziwa szylkretowa królowa!


Gdyby ktoś był zainteresowany jak nasze zwierzęta reagowały na nowego członka rodziny - Lilkę - możecie zerknąć do posta: Lila i zwierzęta. Zapraszam!

A na koniec moje ulubione zdjęcie:
Lumpek i Klara


poniedziałek, 16 lutego 2015

Zakupy w PEPCO dla dziewczynki

Szafiarki ze mnie i z Lilu żadne, ale chcę zobaczyć jaka będzie Wasza reakcja jak będziemy Wam co poniedziałek coś polecać z różnych sklepów. Coś co mam, co kupiłam, co się sprawdza, a co nie.
Dziś pierwszy raz ;)

Czasem wybieram się do Pepco na zakupy.
Wiem, że o jakości z tego sklepu na blogach krążą legendy; niejednokrotnie czytałam zróżnicowane opinie.
Zanim coś wybiorę długo przeglądam, oglądam i dotykam - to moja zmora wyniesiona z czasów, kiedy pracowałam w sklepie z ubraniami. Nauczyłam się tam, jak rozpoznać dobry gatunek bawełny czy wełny. Pracy nie lubiłam, ale umiejętności się przydają.
Nie umiem Wam napisać na czym polega moja organoleptyczne, namacalne sprawdzanie - ale jak jest dobre gatunkowo "to się czuję". A metka zawsze pozostanie metką - nie zawsze podane 100% bawełny jest prawdą.

W tym miesiącu "wymacałam" Lilce parę bluzeczek, tunikę i legginsy. Wszystko w przedziale cenowym 9,99-19,99.

pepco bluzka

pepco bluzka

pepco tunika

pepco legginsy




























Jeśli jesteście ciekawi co jeszcze w Pepco piszczy - zajrzyjcie do gazetki



czwartek, 12 lutego 2015

O, choroba!



Mam odporne dziecko, do tej pory miało dwa razy katar i dwa razy trzydniówkę (albo inny wirus, który się za nią podawał) i to przez dwadzieścia dwa miesiące życie.
Córko, jesteś cudowna!
Rozpieszczona więc jestem pod tym względem.

Ale wszystko do czasu.
Do ostatniego wtorku.
Tak trach i jest: 39,0.
Dziecko lekko osowiałe, czyli aktywność lekko zaburzona tylko kiedy wchodzi w zakręty w przedpokoju. Nadal się świetnie bawi, śpiewa i tańczy, ma tylko lekko podkrążone i świecące oczy.
I gorączkę. I kaszel.
I śpik wargę przytrzasnął.
Załapała w mig, że chustka do nosa to nie tylko uroczy dodatek w kieszonce spodni ale przedmiot użytkowy. Dmucha i smarka jakby robiła to od zawsze.
Tylko gorzej z kropieniem nosa wodą morską. Wszystko jest skropione wokół, na końcu nos. A potem szybko, biegusiem trzeba schować buteleczkę tak, żebym nie znalazła! (zazwyczaj chowa za fotel).
I pije syropy i witaminy i szok, że jej smakuje.
Serio, chyba czegoś innego się po niej spodziewałam - więcej łez, złego humoru, a ten dopisuje. Chociaż, jak jej się coś nie podoba, to z przytupem całować czołem podłogę, taki foch ją dopada na trzy minuty. A kiedy jest już dobrze, no dalej trzeba iść psocić.

Gorzej mam się ja.
Na zakrętach w przedpokoju za córką ocieram się o ściany i zahaczam o futryny.
Odkryłam, ze do południa muszę zapodać sobie kawę, bo jestem niewyspana.
Tak wiem, matki na blogach nie mogą narzekać, nie mogą napisać, że są zmęczone, że nie śpią, że humor taki, a siaki i że mam bałagan i niepoprasowane. Że fryzura mi się zmierzwiła jak chwilę drzemałam przy czajniku w kuchni, bo robiłam sobie kawę i oparłam się łbem o szafkę. Że taka niewyjściowa jestem w legginsach i ochlapanym syropem rękawem.
I o zgrozo, męża mam delegacji więc akrobacje z pójściem po chleb, czy załatwienie czegokolwiek poza domem jest niewykonalne i wieczorami nawiedza mnie rodzina zaopatrzona w sprawunki (dziękuję im za to).
Człowiekiem jestem, który się martwi o to, że temperatura nie spada, że kaszel jakby częstszy i mocniejszy, że w nocy dziecko rozkopane, że ten nieszczęsny katar.
Tryb czuwania włączony, a jak zasnę mocniej, to nie usłyszę, że kaszle, że trzeba przytulić, ululać, podać lekarstwo - a śpi przecież obok.
Wyrzuty sumienia.
Kocham ją.
I czuję się taka najbardziej na świecie bezradna!
Bo serio, nie wiem co robić...
Choroba rzeczy u nas ekstremalna.
Gdyby płakała w tej gorączce - to najpewniej ja razem z nią - z tej bezradności na tym małym człowiekiem. Matce nie wypada ślimtać, kiedy dziecko się uśmiecha i jest bardziej przytulaśne niż zazwyczaj. Ale to akurat mi pasuje, bo na przytulasy zazwyczaj ona nie ma czasu.

Czekam aż jej przejdzie.
Aż wyzdrowieje, gorączka sobie pójdzie w siną dal.
Oby szybko, jak najprędzej!

poniedziałek, 9 lutego 2015

C. Millan, M. Jo Peltier Jak wychować idealnego psa (w okresie szczenięcym i później)

 Millan, M. Jo Peltier Jak wychować idealnego psa
Szczeniak to maleńka, słodka kulka, którą najchętniej nosiłbyś na rękach i nieustannie przytulał!
Miział, głaskał, karmił i znów przytulał, traktował jak maleńkie dziecko, do którego można słodko mówić, na wszystko pozwalać, bo przecież jest dzieckiem.

A potem to psie dziecko zje Ci ulubiony kapeć, nasika na środek salonu (milion razy, zanim nauczy się, że siku robi się na trawniku), zniszczy kanapę, podgryzie meble, dziabnie w nogę sąsiada. Wszystko w imię szczenięcej młodości!

Cezar podpowie Ci, jak może szczenięcy czas dorastania wyglądać inaczej, spokojniej  - szczególnie dla właściciela ;)

Z książki dowiecie się jak wybrać odpowiedniego szczeniaka. Jak przygotować dom, otoczenie, siebie i najbliższych na jego przybycie oraz jak i dlaczego zmieni się Twoje życie.
Znajdziesz tutaj porady dotyczące nauki czystości, zasad, granic i ograniczeń jakie czekają go w świcie ludzi i innych psów. Dowiesz się jak nagradzać pupila oraz jak zapobiegać lękom separacyjnym.
Osobny rozdział poświęcony jest zdrowiu szczeniaków: szczepieniom, ząbkowaniu. A obszernie opisany problem budowania więzi z człowiekiem jest bardzo pomocny i ciekawy.

Książkę Cesara cechuje łatwy język, wszystko jest prosto wytłumaczone, a psie wychowanie możemy prześledzić na czterech przykładach szczeniąt w różnym wieku i różnej rasie: pitbulla, labradora retrievera, buldoga angielskiego i sznaucera, które ma pod opieką autor.

Powiedzmy sobie wprost - jest tylu zwolenników, co i przeciwników znanego "zaklinacza psów", niektórym metody, których używa, zupełnie się nie podobają (klatka, szturchanie zwierząt, itp.) inni wręcz przeciwnie.
Jednak jeśli jeszcze nie masz psa, a chciałbyś stać się właścicielem szczeniaka bądź dorosłego psa - ta książka jest odpowiednia dla Ciebie - w doskonały sposób przedstawia to, co będzie cię czekać z młodym, szalonym nieokiełznanym psim duchem. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak niełatwy jest to czas i z czym się wiąże. Musisz pamiętać o tym, że decyzja o posiadaniu psa, jest decyzją na całe życie. Całe psie życie. I to ty decydujesz o jego losie. O tym, czy jesteście szczęśliwymi przyjaciółmi, czy poirytowanymi stworzeniami. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoisz i wychowasz.

Pamiętaj: "Cierpliwość jest kluczową cechą podczas wychowywania szczeniąt" ale przynosi najpiękniejszy dar: dar miłości do końca!

Jak wychować idealnego psa C. Millan, M. Jo Peltier
Wydawnictwo: Illuminatio
Podtytuł: W okresie szczenięcym i później
Oprawa: miękka
Liczba stron: 304
Format A5
Rok wydania: 2013
ISBN  978-83-62476-35-0
Tłumaczenie: Bartłomiej Kotarski
Tytuł oryginału: How to raise the perfect dog


wtorek, 3 lutego 2015

O starym mieszkaniu

Śródmieście.
Przechodzę obok starego mieszkania.
W oknie wciąż wisi moja ulubiona firana.
Stare, odrapane ale solidne drewniane okna.
Odśnieżony pięknie chodnik.
Choinki ubrane w śnieg.
Mijam przechodniów, których mijałam tutaj nieraz.


Nieustająco, kiedy tutaj jestem, odczuwam w gardle ucisk, ból i gorycz.
I ogromny żal.
Złość na mojego męża.
Chce mi się wyć i płakać jednocześnie.

Lubię to miejsce. Z wszystkimi mankamentami, ze skrzywionym płotem i chudym modrzewiem.
I nawet z tym, że przechodnie mogą zaglądać w okna. Ale ja często też zaglądałam na nich.


Zanim się wprowadziliśmy, sprzątaliśmy tam długo i mozolnie - i prawdę powiedziawszy nigdy nie sądziłam, że w domu można mieć tyle poupychanych, pochowanych rzeczy. Ile wynieśliśmy, oddaliśmy, spaliliśmy - wiemy tylko my. I wtedy właśnie obiecałam sobie, że przestaję chomikować. Żeby ktoś po mnie nie musiał tyle sprzątać, wynosić i myć. I że będę dbała o to, co mnie otacza, żeby mi to służyło. Bo na nic mi stosy wszystkiego po drugiej stronie życia, kiedy wszystko zostaje tutaj.
Chcieliśmy tutaj mieć dom i nowe wspomnienia.


Wprowadziliśmy się do domu, bez wykończonego trzeciego pokoju i do kuchni pełnej wspomnień sprzed 30 lat. Prawie 90 metrów w pięknej starej przedwojennej kamienicy.
W kuchni moje były tylko talerze i łyżki i cztery garnki. Reszta pozostała w "spadku".
Co jakiś czas coś się potłukło, coś spadło, zepsuło się na amen, ale zaraz z wielkiej spiżarni można było wyciągnąć następcę. Nie brakowało tylko nigdy kieliszków.

Bardzo powoli dokupowałam coś swojego z odłożonej niewielkiej wypłaty, coś co mi się podobało i poprawiało wygląd kuchni.
Ciągle brakowało mi jednak nowych mebli. Miałam poczucie, że nawet te, które są, już tak bardzo wysłużone, pomimo moich zabiegów pielęgnacyjnych, mycia i szorowania są cały czas brudne.
W żaden sposób nie umiałam się tam odnaleźć kulinarnie i organizacyjnie. Bo chciałam tylko jednego - skoro mówimy o tym - nasze - niech będzie w końcu po naszemu, mojemu, twojemu.
 A nie tak jak kiedyś.

Wydobyliśmy z tego miejsca minimalizm.
We dwójkę potrzebowaliśmy i używaliśmy tylko dwóch pokoi, które były urządzone tak jak chcieliśmy - no, prawie. Na więcej nie mieliśmy już kasy, bo trzeba było jeszcze kupić węgiel. Ale siedzieć, spać i jeść było na czym. Było super.
Był też maleńki ogródek, sąsiedzi nad nami, obok nas. Byli ludzie. Były ptaki, było zielono, mieliśmy enklawę w środku naszego miasta.
Zmęczeni odgruzowaniem tego miejsca, żyliśmy sobie dobrze.
W mojej głowie roiły się pomysły, że jeżeli zrobimy sobie pokój trzeci pięknie i kuchnie to już będzie cudownie! Może jeszcze kiedy wymienimy kanapę w salonie i skończymy kominek będzie idealnie!
Nie doczekałam tych zmian.


Mąż podjął decyzje, że się wyprowadzamy gdzie indziej... i  tej jego decyzji do dziś nie rozumiem.
 A wtedy zaakceptowałam bez szemrania i zastanawiania się. Trudny to był czas i w pracy i w domu.

Na dodatek mamy kogoś, kto chce wynająć mieszkanie, w którym mieszkaliśmy dotychczas.
 Mój mąż w ciągu dwóch tygodni remontuje kuchnie, wymienia w niej meble, na takie jakie chciałam i maluje pokój.
Przyjeżdżam tam po pracy i ilekroć zostaję sama plącze się po tym mieszkaniu i płaczę. Tak. Jest idealnie. Tak jak chcieliśmy ale nie dla nas. Jestem zła, że w tym czasie, kiedy tam mieszkaliśmy jemu się nie chciało tego zrobić, mówi mi o tym otwarcie. A mnie to tak po ludzku boli.


Ilekroć tutaj jestem, nawet kiedy przechodzę, przejeżdżam obok jest mi źle.
Szkoda mi czasu mojego męża który poświęcił wiele, żeby było tam ciepło,miło, żeby dało się mieszkać po ludzku. Jest mi szkoda, mojego zapału, żeby zimny, biały krajobraz tego domu, był cieplejszy i przytulniejszy. I żeby wspomnienia, które będziemy z tego miejsca mieli razem były weselsze od poprzednich.
Brak mi już argumentów, kiedy próbuję porozmawiać o powrocie tutaj, który jest zupełnie realny i możliwy.
I w końcu jest mi szkoda pieniędzy, które dosłownie wsadziliśmy w podłogi, stropy, nowy piec, zamiast pojechać na zasłużone wakacje.

Jest mi szkoda pustego mieszkania, w którym teraz nie ma nikogo, a nadal jest nasze.

Dziś znów tam stałam pod furtką.
I w myślach wracałam tam z Lilą do domu i mężem.


***
Teraz mamy inny dom, w którym nie potrafię się odnaleźć od trzech lat.
Ale to już zupełnie inna historia.