.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

środa, 7 maja 2014

Od początku cz. 5 (ostatnia)

Totalnie luzackim krokiem wchodzi na oddział mój mąż.
Z gorącą kawą i butelką mineralnej.
Grzecznie nie przerywa położnej, która krzyczy do słuchawki, że mają jej spod ziemi wytrzasnąć wózek bo ja tutaj rodzę.

Mąż dalej luz, nie widzi mnie, bo leżę na leżaneczce za ścianą.
Nie wie, że o mnie chodzi. ;)

Luz.
Po głosie to ja go poznam wszędzie.

***

Pędzimy. Położna. Ja. Mąż. Na porodówkę.
Korytarz wydaje się nie mieć końca.

Papiery.
Tutaj, tutaj i tutaj.
Przecież już rano podpisywałam, niech mąż postawi za mnie krzyżyk, parafkę, jak dla mnie może nawet własną krwią, niech tylko mocy urzędowej to nabierze. Ja nie mam czasu podpisywać.

Jest jakoś tak przed 23.
Omijam ładną salę, na której kobieta może sobie poczekać do porodu.
Nie, żebym chciała tam jakoś specjalnie posiedzieć, ale na szkole rodzenia, tak miło o niej położne opowiadały... 

Bardzo grzecznie, acz z naciskiem wypraszają z porodówki - moją sąsiadkę z sali! ona jeszcze ma czas.

***

"Jak będziecie rodzić to słuchajcie uważnie położnej. To kobieta, która wie co robi i nie zaszkodzi nikomu."
Tak mi się to zdanie wryło w pamięci, tak się go uczepiłam, że na porodówce to jest moje motto.

Położną znam ze szkoły rodzenia, nie pamiętam jak ma na imię, a na plakietkę nie dowidzę, brakuje mi wzroku. Nie pamiętam kiedy ściągnęłam okulary. 

Proponuje mi piłkę.
Jasne. Siedzę. Nawet sobie rozmawiamy.
Piłka jest okropna, uprzejmie dziękuję i proszę, czy mogłabym na łóżko? 
Widzę niedowierzanie... ale nasz klient, nasz pan. Nie chce baba wanny, worka sako, ani innych luksusów...
Może sobie pani wejść. No, to wchodzę.

Kurde, kultura wychodzi mi bokami.
Serio. Bałam się, że będę kląć na czym świat stoi, że położną wyślę nie wiadomo gdzie, a mąż wyląduje za drzwiami; może w przypływie miłości zażądam rozwodu, a ja go przepraszam, że nie mogę teraz z nim rozmawiać ale zajęta jestem, no skurcz właśnie mam... niech się napije kawy.
Położna się śmieje i mówi, że dawno tak nie miała, że w takiej kulturze, że ona się tutaj nasłucha, ale jak chcę to niech sobie poklnę. Ale mnie się nie chce!

*** 

Dostałam na łóżko takie fajne uchwyty do trzymania.
Jak skurcz to się trzymam mocno.
Ups.
Uchwyt wyrwany.
Położna mówi, że przez tyle lat nikt jej tego nie wyrwał.
Do dzisiaj, proszę pani, do dzisiaj.
Mam tyle siły, że nie wiem skąd ona się we mnie bierze.

Zegar mi majaczy nad drzwiami.
Niedowidzę godziny, więc pytam, czy to jeszcze wszystko długo potrwa, bo chyba ja już nie dam rady.
Tak ze dwie godziny.

Położna uderza w nastrój - gasi górne światło. Świeci lampkę tam gdzie będą kłaść Lili jak się urodzi za dwie godziny, teraz powoli niech się zagrzeją jej przyszłe ubranka. Powolutku, niespiesznie.
Mówi, że sobie fartuch ubierze, rękawiczki. Mąż fartuch też inaczej zakłada wygodnie.
Nikt się nie spieszy.
Skurcz, ot taki jak cały czas, położna podchodzi i mówię znów grzecznie, że jeszcze raz.
Wody odeszły.
I skurcz.
I nic nie widać
I skurcz.
I że proszę na dwa!
I dziecko! Dziecko się urodziło! Krzyczy położna, raban.

Nic nie pamiętam.

(Dziecko rodzi tak, że najpierw głowa, głowa wychodzi i cała reszta, proszę pana, a ona mi tutaj tak wyskoczyła. Nagle. Cała! Ledwo ją złapałam, przecież by spadła! Rękawiczek nie założyłam, nie zdążyłam.)

Otwieram oczy.
23:30 
Mężowi nie zdążyła wystygnąć kawa.
Leży taka mała. Maleńka. Poskładana jak maleńkie nie wiem co. Mieści się w dwóch dłoniach złożonych. Zawinięta w moją koszulę na moich piersiach.
Lilianna.

Otwieram oczy znów.
Słyszę, że ma 10 w skali Apgar. Śliczna dziewczynka.

Światło.
Nie ma jej, nie wiem kiedy ją zabrali, nie wiem gdzie jest mąż, nie mam siły pytać.
W moich nogach lekarka, młoda, jedna z tych co mi mówiła, że do poniedziałku nie urodzę. 
Ale mnie pani zdziwiła, mówi i tłumaczy, że mało jeszcze w życiu widziała, więc jeszcze przyjdzie pan doktor i obejrzy, bo to wszystko trzeba pozszywać, usunąć łożysko bo brzydkie i się samo nie urodzi.

Ciemno.
Światło.
Papierek.
Tutaj podpisać.
Przecież podpisywałam... zrozumiała, chociaż nie wiem, czy to powiedziałam, czy tylko mi się wydawało.
Musisz tutaj, o tutaj, zgoda na podanie narkozy.
Dwóch anestezjologów, wchodzą do sali jak w filmach o wyprawach w Kosmos.
Znów liczę personel - znów 7 osób.

Maseczka.
Saturacja 100...
80...

zdążyłam się pomodlić, że chcę ich jeszcze zobaczyć.

***

Podobno pytałam, czy mi się dziecko urodziło.
Szarpałam się, żeby je zobaczyć.
Nie pamiętam.

Jak otwarłam oczy i zobaczyłam metalową rurkę obok siebie, to ewidentnie myślałam, że umarłam.
Ocknęłam się.
Kwilenie dziecka.
Lila nie płacze.
Kwili jak mały ptaszek. 
Przytulona do taty.
Półtorej godzina Cię szyli. A my tu na ciebie czekamy, aż się obudzisz, mówi i pokazuje mi Lilkę.
Nadal jest taka maleńka.

***
O 3 rano.
Są w filmach takie sceny, kiedy pacjent leży na łóżku, wiozą go korytarzem i ogląda sufit.
Miałam taki moment - powrót na salę. Wśród uśpionego oddziału noworodkowego i ginekologicznego.
Moje dziecko już spało i w korowodzie - mąż - ja - położna - dziecko - jechałam w nieznane w nasze nowe życie.

Znów zemdlałam.

26 kwiecień 2013 r.



23 komentarze:

  1. Jak w filmie... dobrze że z szczęśliwym zakończeniem ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. I przy tej części, to już się mocno wzruszyłam...
    No ale wyrwany uchwyt... Masz Kobieto moc :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Taki film z happy endem. Piękne. Łzy mam w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  4. No mnie też wzruszenie ogarnęło:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeyłam chwilę grozy czytając to..
    Dobrze, że koniec był szczesliwy..

    OdpowiedzUsuń
  6. Płaczę ze wzruszenia. Piekna historia!

    OdpowiedzUsuń
  7. wzruszasz! Takie historie to już zawsze będą mnie wzruszać, bo zawsze przypominam sobie naszą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda historia jest wzruszająca i jedyna w swoim rodzaju :)

      Usuń
  8. To miałaś przeżycia :) Heh...ja urodziłam miesiąc i 2 dni po tobie :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Piszesz takie piękne rzeczy a zarazem nieco straszne (dla mnie która czeka na poród). Serce się ściska i wzruszenie bierze... naprawdę powinna powstać z tego książka.
    Niezależnie od tego jak było i jak bardzo się nacierpiałaś - Warto było. Masz wielki skarb przy sobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martyna, chyba to jednak za mało na książkę - jeden poród ;)
      Na razie będę Was katować moją pisaniną tutaj ;)

      I prawdę powiedziawszy nie przyjmuję swoje porodu jako strasznej rzeczy, a raczej całkiem nowego, trochę dzikiego i szalonego przeżycia ;) Ból porodowy nie był taki straszny w gruncie rzeczy :)

      A Twój skarb też niedługo będzie z Wami :)

      Usuń
  10. piękne chwile.. mój synek podobnie 'wychlupnął' w całości :)))
    wspaniale to opisałaś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mamy "wychlupnięte" dzieci :)))
      dziękuję

      Usuń
  11. Wzruszyłam się :) :)
    Moja tez szybko wyskoczyła, bo z wodami płodowymi, a wtedy podobno szybciej dzieci wychodzą :)

    http://zapisane-wspomnienia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie były wody i zaraz po tym Lila :)

      Usuń
  12. O rany, ależ się wzruszyłam! Piękna odcinkowa historia... Aż się nie chce wierzyć że Lili ma już rok, szaleństwo!

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tutaj ze mną jesteś :)