.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

wtorek, 6 maja 2014

Od początku cz. 4 (nie urodzę przed poniedziałkiem!)

Piątek.

Nie śpię w nocy.

O 5 rano myję się i ubieram sama. Boli mnie brzuch ale to nie skurcze.

Siedzimy przy paczce delicji do 7 rano. To jest moje mikro śniadanie. Zabieram torbę i jedziemy do szpitala. Nie zaszkodzi sprawdzić dlaczego boli.

Siedzimy na izbie przyjęć. My, starsza pani, trzy inne przyszłe mamy. Przychodzi czwarta. Do 11 one i jeszcze parę innych zostają przyjęte na odział: bo boli je bardzo, bo mają rozwarcie, bóle albo problemy z ciśnieniem. One mają pierwszeństwo. Czekamy dalej. Mnie tylko boli.

***

Po korytarzu spacerują mamy. Pchają noworodki w plastikowych wózeczkach. Po karteczkach widzimy, że większości to chłopcy. Kwilące, maleństwa pozawijane w prześcieradełka, rożki, pieluchy. 
Mikro ludzie w czapeczkach jak naparstki.

***

Jestem proszona do gabinetu. Cieszę się, bo jest prawie południe i trochę już się nudziliśmy ;)

W gabinecie jest siedem osób. Specjalnie sobie policzyłam ten tłum. Położna, lekarz, a reszta to studenci. Stan umysłu: WSZYSTKO-MI-JEDNO, robią wymaz, badanie, USG. Zaglądają, podglądają, oglądają.
Lili ma zero prywatności. Słyszę, że jest za mała, za chuda i ma długie nogi - identycznie mówiła Mała Pani Dorotka. 

Trzy razy mi mówią, że nie urodzę dzisiaj. A może nawet do poniedziałku. Że w ogóle nic się nie dzieje.
Niech pani idzie na KTG. Przejdę się, chętnie.

Leżę. Słyszę bicie serca. Nie słyszę. Pilnuje mnie studentka. Pytam, czy wszystko jest dobrze. Ona nie wie. Przysypiam. Pytam jeszcze raz.  Nie wie dalej. To moje pierwsze KTG, nie wiem jaki może być wynik, nie wiem co oznaczają dane odgłosy. Z wynikiem wracam na izbę, oddaję go położnej.

Czekamy. Humory dopisują. Mąż się śmieje, że o mnie zapomnieli i... ma rację! Położna zdziwiona zagląda na korytarz, że jeszcze tutaj siedzimy, bo już dawno miałam być na oddziale, jakaś studentka zapomniała mi powiedzieć - wyszła z gabinetu już dawno. KTG źle wyszło.

***

Przebieram się w łazience na korytarzu. Nie ma łóżka. Prawie komplet na salach. Położna mówi, że jak jest pełnia księżyca, to dzieci rodzą się na potęgę. Taka księżycowa moc. 
Ale spokojnie, pani nie urodzi dzisiaj nie ma na to szans, nawet pełnia nie pomoże.

Próba oksytocyny i nic. Kompletna cisza. I nie do końca wiadomo co ze mną zrobić. 

***

Maleńka sala. Trzy łóżka. Bardzo, bardzo ciepło. 
Jedna mama z jednodniowym chłopczykiem. 
Obok mnie druga brzuchatka. Śmiejemy się opowiadamy.
Idziemy pospacerować. Wdychamy zapach korytarza. Zapach dzieci.

***

Spacer pomógł koleżance. Skurcze. Dzwoni po męża.
Położna zaprasza ją na porodówkę, szczęściara!

Melduję się w dyżurce. Ciśnienie, badanie, wenflon.

Mamo/babciu/mężu - jestem w szpitalu, dobrze się czuję - dzwonię na dobranoc - upewniam wszystkich, że nadal nic się nie dzieje, nikt nie przewiduje mojego porodu przed poniedziałkiem.

***

Bolą mnie plecy. Nadal spaceruję ale już sama. Boli mnie tak, jakby bolał mnie kręgosłup, mięśnie po basenie albo ćwiczeniach fizycznych. 
Przypominam sobie sytuację z ostatniej wizyty u ginekologa. Mała Pani Dorotka pytała czego się boję, odpowiedziałam, że jak mam tak wszystko wytłumione przez leki, to boję się, że przegapię poród... Jak ona się śmiała!

*** 

Dyżurka. 
Wydaje mi się, że mam skurcze...
Proszę spokojnie pod prysznic, zrelaksuje się pani, a potem proszę przyjść na badanie.
Dzwonię do męża, że spoko jest, niech mi przywiezie jeszcze butelkę wody, bo te dwie co miałam, już się skończyły. Nie musi się spieszyć. Nie ma paniki, przecież nie urodzę przed tym cholernym poniedziałkiem!
Oczywiście, grzecznie idę pod prysznic. Ale mam problemy żeby wyjść. 

4 centymetry. Coś się dzieje.
Jest jakoś po 21 ale nie ma jeszcze 22. 

Przepraszam - ten skurcz to taki długi był, że pani tutaj tak się opiera o tą barierkę? Zapytał grzecznie pan doktor - nie wiem, proooszę pana doktora!
Powtórzmy sobie badanie.

Proszę tu na łóżeczko...
Nie wejdę, bo mam skurcze parte...
Że proszę, co pani ma?
No, taaaakie skurcze...
Żartuje pani?
Nieeee...
Na leżaneczkę... niech pani nie przesadza... co pani opowiada, że jakieś skurcze... O!
Rodzi pani!!! Rodzi!!! 10 centymetrów!

***

Fuck. Myślę sobie, czytałam tyle o kryzysie 7 centymetra... a jakoś przegapiłam cholera...



...

Musiałam podzielić wspomnienia na 2 części, bo Lili pisać nie daje więc jutro podzielę się tym, co się działo



12 komentarzy:

  1. Eh Lila! W najlepszym momencie urwało :)
    Cudowne wspomnienia, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jak to z Lilkami jest ;)
      Cały czas czuje, jakby to było wczoraj, są cudowne!

      Usuń
  2. No czyta się jak dobrą powieść kryminalną, tak więc czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki mały kryminał z nutką ekscytacji... ale nikt nikogo nie ukatrupi ;)

      Usuń
  3. Ja też u Niko przegapiłam, jeszcze wpieprzałam gołabki w czasie skurczów bo myślałam, że to nie poród i co wałek gwizdneli by mi gołąbki i bym nic nie jadła do wieczora, a mały tak się spieszył, że ojciec ledwo zdążył...

    OdpowiedzUsuń
  4. No nie no...W takim momencie przerywać mamie? Lila nooo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lila powinna już o tej porze spać, ale cóż, chciała inaczej :)

      Usuń
  5. Przepięknie to opisujesz... Jejku, też chciałabym przegapić czas rozwarcia od 4 do 10cm. :)
    Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i Lili jest już przy Tobie... Nie mogę się doczekać momentu kiedy to ja będę mogła dzielić się swoimi wspomnieniami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martyna, można przegapić i tego życzę :D
      A u Ciebie to już, za chwilę i będziecie się cieszyć i będziecie razem po tej stronie brzucha :)

      Usuń
  6. Świetne, świetne! Czekam dalej:D

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tutaj ze mną jesteś :)