poniedziałek, 26 maja 2014

Refleksja na Dzień Matki

Mój drugi.
Mojej mamy 29.
Mojej babci kolejny i z 5 na początku...
Możemy tak lecieć przez wszystkie pra, pra prababcie ;)

Gdyby nie było babci, nie byłoby mamy.
Gdyby nie było mamy, nie byłoby mnie.
Gdyby nie było mnie, nie byłoby Lili...

Mama.
Fajnie nią być.






poniedziałek, 19 maja 2014

Za oknem

Niedziela.
Piszę post wieczorem, ale wrzucę go rano, nie lubię postów zamieszczać dwóch w jeden dzień, a Was zamęczać czytaniem.
Jestem i tak pod wrażeniem tego, że co drugi dzień albo i codziennie posty są.
Że mi się chce i że znajduję tą chwilę na to, żeby pisać i zajrzeć co u Was się dzieje, a nawet często ostatnio zostawić komentarz, albo chociaż uśmiech.

***

"Przyleciały jerzyki." Taki sms przyszedł od mamy w zeszłym tygodniu.
Nad nasze niebo nadleciały na drugi dzień.
Od razu gwarno się zrobiło. Szum i rwetes.

Jak jerzyki są to i dni całkiem długie i kasztany kwitnące i ciepło.
I koniec szkoły.
Od razu przypomina mi się każde lato u babci, na czwartym piętrze.
Ciepło, upał. Mieszkanie tuż pod strychem. Zapach suchego prania.
I jerzyki, które nie raz oglądamy wieczorem przez okno.
I ile razy zdawało się, że ten maleńki ptaszek albo rozbije się o ścianę, albo wpadnie do pokoju goniąc szaleńczo za muchą.

Wieczorny zapach, charakterystyczny dla nagrzanych murów dziadkowego bloku.
I odgłosy jerzyków, których zawsze jest tyle, że nie wiadomo, które to echo, a które są prawdziwe.

***

Nad naszym domem jerzyków jakby mniej, niż nad blokiem dziadków.
Ale są. Też je codziennie wieczorem słyszymy, bo w dzień zjadają je odgłosy miasta.
Mieszkamy w miejscu, w którym w dzień i w nocy słychać jak miasto oddycha.

Z okna, niedzielny, wieczorny krajobraz. Jerzyki zbyt małe żeby je zobaczyć, a może dlatego, że zdjęcia jednak z telefonu.




niedziela, 18 maja 2014

Mamo, bądź kobieca - Tydzień 8.

- Mama zrzuca dres -

Uuu... nie, nie zapomniałam o tygodniu 6 i 7 tylko najnormalniej w świecie wciągnęło mnie życie.
Wpis będzie na ten temat zwięzły i krótki ale nie dziś.

Dziś będzie o zrzucaniu dresu. 
I ja mam tylko dresowe bluzy
Uściślimy, że dwie. Czarne.
Więc, nie mam co zrzucać za bardzo.

Już w ciąży zaopatrzyłam się w legginsy i chodziłam, a potem leżałam w nich, żeby nie leżeć 
w piżamie w ciągu dnia. 
Żeby była namiastka jakiejś normalności w tym, że spędzam całe dnie w łóżku, to chociaż jakoś ubrana.

Teraz, kiedy najbliższe mi są rejony i zakamarki podłogi, żeby być bliżej gruntu mojego dziecka - też leginnsy i spodnie "domowe" są w cenie, ale nadal nie jest to dres.
Tuniki, koszule, t-shirty owszem. Pożądane - kolorowe.

Od wczoraj uskuteczniam również mój plan ubraniowy - kupiłam dzianinę punto i lekką dresówkę
(a jednak!), żeby uszyć (!!!) sobie coś ładnego. Mam nadzieję, że mi się uda i oprócz pościeli (tak, tak, uszyłam córce pościel i będę jeszcze szyć jedną!) ubiorę się ciekawie jakoś tej wiosny bądź lata.
Nie wiem, czy talent mam, kwadrat uszyć umiem, prostokąt też, to może jakaś prosta tunika wyjdzie.
Relację zapewne złożę ale nie wiem ile czasu mi to zajmie, bo szydełkuję jeszcze coś dla moich kotów (nie, nie to nie są wdzięczne wdzianka na ich grzbiety!) a kocyk pod zadki na parapet, a najlepiej do białej drewnianej skrzynki na okno (skrzynkę trzeba przynieść z targu i pomalować;)).

O tym, jak wyskakiwały z dresów inne uczestniczki możecie poczytać tutaj (klik)

A jutro będzie o tym, co dzisiaj za oknem ;)


czwartek, 15 maja 2014

W górach

Banalnie.
Kocham góry.
Najbardziej Tatry.
Ale zadowolę się też Beskidem z którego pochodzi moja rodzina.
Tytułem wstępu to było, bo o tej miłości też Wam kiedyś napiszę :)

***

Lila miała miesiąc i 4 dni, kiedy po raz pierwszy pojechała z nami do dziadka w górach.
Bagatela, prawie 200km.

Mąż, jak to mój mąż. Luz.
Babcia stres.
Ja, świeżo upieczona matka cała w nerwach.
I z ogromną torbą z rzeczami dla dziecka, wszak jechaliśmy na 1 dzień ;)
Dziecko, jak ojciec. Luz. Dziecko spało.
Całą drogę.

Tuż po przyjeździe łaskawie łypnęła okiem na zachwyconego dziadka i spała dalej.
Przewijanie, karmienie. Spanko.

Droga powrotna również spanko.
Nie mamy ani jednego zdjęcia z tej wizyty.
Oczywiście ze stresu ;)

Potem odwiedzaliśmy góry jeszcze parę razy.
Ale czwartkowy (długi makowy weekend) wypad był inny niż wszystkie, bo nasze dziecko po górach chodziło po raz pierwszy na własnych nogach :)











wtorek, 13 maja 2014

Duchowy świat dzieci (według) Mary Ellen Maunz

Duchowy świat dzieci, czyli książka, której się przestraszyłam.
Niepotrzebnie.
Jestem niedoszłym teologiem (ups), więc sprawy duchowe nie są mi obce ale nauczyłam się że trzeba być z nimi ostrożnym.

***

Kiedy Twoje dziecko po raz kolejny zada pytanie "dlaczego", to nie zbywaj go byle "a dlatego".
Jeśli dziecko chce czegoś spróbować, dotknąć, wsadzić gołą stopę do piasku, wylać wodę z kubeczka. (Wiecie, no wszystko z głową).
Nie panikuj.
Pozwól mu spróbować.
Pozwól dotknąć.
Posmakować.

To wszystko ma się dziać, aby Twoje dziecko stało się pełnoprawnym człowiekiem.
Z bogatym wnętrzem.

Autorka, pracuje z różnymi dziećmi według metody Marii Montessori, która: "rozpoznaje i pielęgnuje spontaniczne impulsy rozwojowe dziecka, podsuwa konstruktywne wybory i wspiera głęboką koncentrację, dzięki której dzieci nawiązują kontakt ze swoim wewnętrznym nauczycielem."

Jednocześnie podkreśla, różnicę między duchowością, a religią; dodając, że książka jest uniwersalna i każdy: wierzący w Boga, Buddę, ateista, itd. odnajdzie to w jaki sposób pielęgnować w dziecku duchowość, wnętrze.

Paradoksalnie nie jest to książka łatwa. Bo, kto mówi, że duchowość to prosta sprawa.

Ale, kiedy przyglądasz się dziecku, wychwytujesz jego potrzeby, zainteresowania - to ono samo podpowie Ci czego potrzebuje do dalszego rozwoju.

Przyznaję, że przed przeczytaniem tej książki, nie zastanawiałam się nad tym jak kształtować pewne wewnętrzne cechy dziecka.  A z drugiej strony zobaczyłam, że nieświadomie to robię, może nie nazywając tego kształtowaniem duchowości, a podążaniem za intuicją. Bo oglądanie kamieni, zatrzymywanie się przy każdym drzewie, słuchanie muzyki - to kształtowanie wnętrza Lilianny odpowiednie do jej wieku. (A moje zachowanie jest dla mnie zupełnie naturalne).

Ucz swoje dziecko u ucz się od swojego dziecka. Jak odkrywa świat, jak się śmieje, jakie jest czułe.
Odkrywaj emocje, których może już nie pamiętasz, a może wydawało Ci się, że ich już nie potrzebujesz. Dziecko może być Twoim przewodnikiem. Ale Ty JESTEŚ przewodnikiem swojego dziecka od poczęcia. Ty pokazujesz mu świat, Ty kształtujesz.

Odkrywajcie i uczcie się razem.




***

Dziękuję Wydawnictwu illuminatio za możliwość recenzji książki.







poniedziałek, 12 maja 2014

Krótko :)

Bardzo dziękuję Wam wszystkim za komentarze pod poprzednim postem :*

Chciałabym opisać jeszcze to, co działo się, do czasu założenia bloga, oczywiście jak czas pozwoli i jeśli
macie ochotę czytać.

Dziś krótko, bo w planach mam jeszcze napisanie recenzji książki, która na blogu pojawi się jutro.

Zostawiam Was ze zdjęciami Lili - tuż po urodzeniu :)





środa, 7 maja 2014

Od początku cz. 5 (ostatnia)

Totalnie luzackim krokiem wchodzi na oddział mój mąż.
Z gorącą kawą i butelką mineralnej.
Grzecznie nie przerywa położnej, która krzyczy do słuchawki, że mają jej spod ziemi wytrzasnąć wózek bo ja tutaj rodzę.

Mąż dalej luz, nie widzi mnie, bo leżę na leżaneczce za ścianą.
Nie wie, że o mnie chodzi. ;)

Luz.
Po głosie to ja go poznam wszędzie.

***

Pędzimy. Położna. Ja. Mąż. Na porodówkę.
Korytarz wydaje się nie mieć końca.

Papiery.
Tutaj, tutaj i tutaj.
Przecież już rano podpisywałam, niech mąż postawi za mnie krzyżyk, parafkę, jak dla mnie może nawet własną krwią, niech tylko mocy urzędowej to nabierze. Ja nie mam czasu podpisywać.

Jest jakoś tak przed 23.
Omijam ładną salę, na której kobieta może sobie poczekać do porodu.
Nie, żebym chciała tam jakoś specjalnie posiedzieć, ale na szkole rodzenia, tak miło o niej położne opowiadały... 

Bardzo grzecznie, acz z naciskiem wypraszają z porodówki - moją sąsiadkę z sali! ona jeszcze ma czas.

***

"Jak będziecie rodzić to słuchajcie uważnie położnej. To kobieta, która wie co robi i nie zaszkodzi nikomu."
Tak mi się to zdanie wryło w pamięci, tak się go uczepiłam, że na porodówce to jest moje motto.

Położną znam ze szkoły rodzenia, nie pamiętam jak ma na imię, a na plakietkę nie dowidzę, brakuje mi wzroku. Nie pamiętam kiedy ściągnęłam okulary. 

Proponuje mi piłkę.
Jasne. Siedzę. Nawet sobie rozmawiamy.
Piłka jest okropna, uprzejmie dziękuję i proszę, czy mogłabym na łóżko? 
Widzę niedowierzanie... ale nasz klient, nasz pan. Nie chce baba wanny, worka sako, ani innych luksusów...
Może sobie pani wejść. No, to wchodzę.

Kurde, kultura wychodzi mi bokami.
Serio. Bałam się, że będę kląć na czym świat stoi, że położną wyślę nie wiadomo gdzie, a mąż wyląduje za drzwiami; może w przypływie miłości zażądam rozwodu, a ja go przepraszam, że nie mogę teraz z nim rozmawiać ale zajęta jestem, no skurcz właśnie mam... niech się napije kawy.
Położna się śmieje i mówi, że dawno tak nie miała, że w takiej kulturze, że ona się tutaj nasłucha, ale jak chcę to niech sobie poklnę. Ale mnie się nie chce!

*** 

Dostałam na łóżko takie fajne uchwyty do trzymania.
Jak skurcz to się trzymam mocno.
Ups.
Uchwyt wyrwany.
Położna mówi, że przez tyle lat nikt jej tego nie wyrwał.
Do dzisiaj, proszę pani, do dzisiaj.
Mam tyle siły, że nie wiem skąd ona się we mnie bierze.

Zegar mi majaczy nad drzwiami.
Niedowidzę godziny, więc pytam, czy to jeszcze wszystko długo potrwa, bo chyba ja już nie dam rady.
Tak ze dwie godziny.

Położna uderza w nastrój - gasi górne światło. Świeci lampkę tam gdzie będą kłaść Lili jak się urodzi za dwie godziny, teraz powoli niech się zagrzeją jej przyszłe ubranka. Powolutku, niespiesznie.
Mówi, że sobie fartuch ubierze, rękawiczki. Mąż fartuch też inaczej zakłada wygodnie.
Nikt się nie spieszy.
Skurcz, ot taki jak cały czas, położna podchodzi i mówię znów grzecznie, że jeszcze raz.
Wody odeszły.
I skurcz.
I nic nie widać
I skurcz.
I że proszę na dwa!
I dziecko! Dziecko się urodziło! Krzyczy położna, raban.

Nic nie pamiętam.

(Dziecko rodzi tak, że najpierw głowa, głowa wychodzi i cała reszta, proszę pana, a ona mi tutaj tak wyskoczyła. Nagle. Cała! Ledwo ją złapałam, przecież by spadła! Rękawiczek nie założyłam, nie zdążyłam.)

Otwieram oczy.
23:30 
Mężowi nie zdążyła wystygnąć kawa.
Leży taka mała. Maleńka. Poskładana jak maleńkie nie wiem co. Mieści się w dwóch dłoniach złożonych. Zawinięta w moją koszulę na moich piersiach.
Lilianna.

Otwieram oczy znów.
Słyszę, że ma 10 w skali Apgar. Śliczna dziewczynka.

Światło.
Nie ma jej, nie wiem kiedy ją zabrali, nie wiem gdzie jest mąż, nie mam siły pytać.
W moich nogach lekarka, młoda, jedna z tych co mi mówiła, że do poniedziałku nie urodzę. 
Ale mnie pani zdziwiła, mówi i tłumaczy, że mało jeszcze w życiu widziała, więc jeszcze przyjdzie pan doktor i obejrzy, bo to wszystko trzeba pozszywać, usunąć łożysko bo brzydkie i się samo nie urodzi.

Ciemno.
Światło.
Papierek.
Tutaj podpisać.
Przecież podpisywałam... zrozumiała, chociaż nie wiem, czy to powiedziałam, czy tylko mi się wydawało.
Musisz tutaj, o tutaj, zgoda na podanie narkozy.
Dwóch anestezjologów, wchodzą do sali jak w filmach o wyprawach w Kosmos.
Znów liczę personel - znów 7 osób.

Maseczka.
Saturacja 100...
80...

zdążyłam się pomodlić, że chcę ich jeszcze zobaczyć.

***

Podobno pytałam, czy mi się dziecko urodziło.
Szarpałam się, żeby je zobaczyć.
Nie pamiętam.

Jak otwarłam oczy i zobaczyłam metalową rurkę obok siebie, to ewidentnie myślałam, że umarłam.
Ocknęłam się.
Kwilenie dziecka.
Lila nie płacze.
Kwili jak mały ptaszek. 
Przytulona do taty.
Półtorej godzina Cię szyli. A my tu na ciebie czekamy, aż się obudzisz, mówi i pokazuje mi Lilkę.
Nadal jest taka maleńka.

***
O 3 rano.
Są w filmach takie sceny, kiedy pacjent leży na łóżku, wiozą go korytarzem i ogląda sufit.
Miałam taki moment - powrót na salę. Wśród uśpionego oddziału noworodkowego i ginekologicznego.
Moje dziecko już spało i w korowodzie - mąż - ja - położna - dziecko - jechałam w nieznane w nasze nowe życie.

Znów zemdlałam.

26 kwiecień 2013 r.



wtorek, 6 maja 2014

Od początku cz. 4 (nie urodzę przed poniedziałkiem!)

Piątek.

Nie śpię w nocy.

O 5 rano myję się i ubieram sama. Boli mnie brzuch ale to nie skurcze.

Siedzimy przy paczce delicji do 7 rano. To jest moje mikro śniadanie. Zabieram torbę i jedziemy do szpitala. Nie zaszkodzi sprawdzić dlaczego boli.

Siedzimy na izbie przyjęć. My, starsza pani, trzy inne przyszłe mamy. Przychodzi czwarta. Do 11 one i jeszcze parę innych zostają przyjęte na odział: bo boli je bardzo, bo mają rozwarcie, bóle albo problemy z ciśnieniem. One mają pierwszeństwo. Czekamy dalej. Mnie tylko boli.

***

Po korytarzu spacerują mamy. Pchają noworodki w plastikowych wózeczkach. Po karteczkach widzimy, że większości to chłopcy. Kwilące, maleństwa pozawijane w prześcieradełka, rożki, pieluchy. 
Mikro ludzie w czapeczkach jak naparstki.

***

Jestem proszona do gabinetu. Cieszę się, bo jest prawie południe i trochę już się nudziliśmy ;)

W gabinecie jest siedem osób. Specjalnie sobie policzyłam ten tłum. Położna, lekarz, a reszta to studenci. Stan umysłu: WSZYSTKO-MI-JEDNO, robią wymaz, badanie, USG. Zaglądają, podglądają, oglądają.
Lili ma zero prywatności. Słyszę, że jest za mała, za chuda i ma długie nogi - identycznie mówiła Mała Pani Dorotka. 

Trzy razy mi mówią, że nie urodzę dzisiaj. A może nawet do poniedziałku. Że w ogóle nic się nie dzieje.
Niech pani idzie na KTG. Przejdę się, chętnie.

Leżę. Słyszę bicie serca. Nie słyszę. Pilnuje mnie studentka. Pytam, czy wszystko jest dobrze. Ona nie wie. Przysypiam. Pytam jeszcze raz.  Nie wie dalej. To moje pierwsze KTG, nie wiem jaki może być wynik, nie wiem co oznaczają dane odgłosy. Z wynikiem wracam na izbę, oddaję go położnej.

Czekamy. Humory dopisują. Mąż się śmieje, że o mnie zapomnieli i... ma rację! Położna zdziwiona zagląda na korytarz, że jeszcze tutaj siedzimy, bo już dawno miałam być na oddziale, jakaś studentka zapomniała mi powiedzieć - wyszła z gabinetu już dawno. KTG źle wyszło.

***

Przebieram się w łazience na korytarzu. Nie ma łóżka. Prawie komplet na salach. Położna mówi, że jak jest pełnia księżyca, to dzieci rodzą się na potęgę. Taka księżycowa moc. 
Ale spokojnie, pani nie urodzi dzisiaj nie ma na to szans, nawet pełnia nie pomoże.

Próba oksytocyny i nic. Kompletna cisza. I nie do końca wiadomo co ze mną zrobić. 

***

Maleńka sala. Trzy łóżka. Bardzo, bardzo ciepło. 
Jedna mama z jednodniowym chłopczykiem. 
Obok mnie druga brzuchatka. Śmiejemy się opowiadamy.
Idziemy pospacerować. Wdychamy zapach korytarza. Zapach dzieci.

***

Spacer pomógł koleżance. Skurcze. Dzwoni po męża.
Położna zaprasza ją na porodówkę, szczęściara!

Melduję się w dyżurce. Ciśnienie, badanie, wenflon.

Mamo/babciu/mężu - jestem w szpitalu, dobrze się czuję - dzwonię na dobranoc - upewniam wszystkich, że nadal nic się nie dzieje, nikt nie przewiduje mojego porodu przed poniedziałkiem.

***

Bolą mnie plecy. Nadal spaceruję ale już sama. Boli mnie tak, jakby bolał mnie kręgosłup, mięśnie po basenie albo ćwiczeniach fizycznych. 
Przypominam sobie sytuację z ostatniej wizyty u ginekologa. Mała Pani Dorotka pytała czego się boję, odpowiedziałam, że jak mam tak wszystko wytłumione przez leki, to boję się, że przegapię poród... Jak ona się śmiała!

*** 

Dyżurka. 
Wydaje mi się, że mam skurcze...
Proszę spokojnie pod prysznic, zrelaksuje się pani, a potem proszę przyjść na badanie.
Dzwonię do męża, że spoko jest, niech mi przywiezie jeszcze butelkę wody, bo te dwie co miałam, już się skończyły. Nie musi się spieszyć. Nie ma paniki, przecież nie urodzę przed tym cholernym poniedziałkiem!
Oczywiście, grzecznie idę pod prysznic. Ale mam problemy żeby wyjść. 

4 centymetry. Coś się dzieje.
Jest jakoś po 21 ale nie ma jeszcze 22. 

Przepraszam - ten skurcz to taki długi był, że pani tutaj tak się opiera o tą barierkę? Zapytał grzecznie pan doktor - nie wiem, proooszę pana doktora!
Powtórzmy sobie badanie.

Proszę tu na łóżeczko...
Nie wejdę, bo mam skurcze parte...
Że proszę, co pani ma?
No, taaaakie skurcze...
Żartuje pani?
Nieeee...
Na leżaneczkę... niech pani nie przesadza... co pani opowiada, że jakieś skurcze... O!
Rodzi pani!!! Rodzi!!! 10 centymetrów!

***

Fuck. Myślę sobie, czytałam tyle o kryzysie 7 centymetra... a jakoś przegapiłam cholera...



...

Musiałam podzielić wspomnienia na 2 części, bo Lili pisać nie daje więc jutro podzielę się tym, co się działo