.post blockquote { font-size: 20px; margin-bottom: 20px; line-height: 1.65em; font-weight: 300; padding: 20px 20px 20px 50px; color: #fff; font-family:Georgia; background: #77818d url(http://1.bp.blogspot.com/-rF0Te6xJ--8/VavkUYXc64I/AAAAAAAAHCI/SyxWvM2NYa4/s1600/cytat-4a.png) no-repeat 20px 0px; text-align:center; }

środa, 26 marca 2014

11!

To już dziś.
Szalone, uśmiechnięte jedenaście miesięcy życia po tej stronie brzucha.
Tyle nowych umiejętności.
Tyle naszych i jej zachwytów.
Mogłabym patrzeć na nią cały czas.
Nie odstępować na krok.
Kocham, kocham, kocham!






wtorek, 25 marca 2014

Do przodu!

Uświadomiłam sobie dzisiaj, zresztą nie pierwszy raz, że jestem dziwną mamą.
Ani razu nie napisałam tutaj, że Lili wyszło już 8 zębów, których jedynym skutkiem ubocznym była zaślinine ubranko i podłoga.
Nie pisałam o szczepieniach.
Kupkach, siuskach, badaniu krwi, wizytach lekarskich, pierwszym katarze.
O gościach, którzy nas odwiedzali i odwiedzają.
O pierwszych podróżach.
O pierwszym wyjściu samej, bez dziecka.
O tym, że Lili już nie podpiera się lewą ręką jak raczkuje, tylko raczkuje jak rasowy dzidziuś.

To dzisiaj będzie inaczej.
Dziś napiszę, że nasze dziecko wstało.
Wstało na dwie nogi.
Puściło się ściany.
I zrobiło dwa kroki do przodu.
Pierwsze, najpierwsiejsze kroki w jej życiu.
I tak parę razy sie udało jeszcze tego wieczoru.

Matka jest dumna.
Posikana ze szczęścia.
Z oczami dziwnie zaszklonymi.

Łzy szczęścia.
Moje.

poniedziałek, 24 marca 2014

Mamo, bądź kobieca - Tydzień 2.

- Mama pracuje nad swoją sylwetką - 

1.
Zaczęłam w sobotę. Miało być do południa, ale Lila zasneła. Nie miałam serca jej odnieść do łózeczka... 
Ok. 13 poszłam na całość z Niebieskoszarą.
Powtórzyłam zestaw ćwiczeń dwa razy. Jestem początkująca - to mnie usprawiedliwia i to, że potem zrobiłam Chodakowską.  S-K-A-L-P-E-L 
Przyznaję, że robię do końca, bo to nie pierwszy raz. 
Problemy są 2:
-żeby robić codziennie,
-żeby nie bolało mnie kolano.

2.
Niebieskoszara nadal mnie rozgrzewa.
Chodakowska reaktywuje paskudny ból w kolanie. 
Nie pomaga nawet to, że jest ze mnie dumna, że dotrwałam do końca.

3.
Szukam alternatywy dla Ewki. Sorry, ale kolano ma być zdrowe.
Do codziennych, co raz to dłuższych spacerów dokładam Mel -B. - najpierw trening brzucha.
Mel B męczy mnie bardziej niż Ewka, przypuszczam, że ma na to wpływ butelka wody z którą ćwiczę
i Lilka, która właśnie w tym momencie też ją chce. 

4.
Chętnie wypożyczę Ewce, albo Mel B Lilkę, jako balast do ćwiczeń.
Jest dobra na wszystko.
Na brzuch.
Ręcę.
Pośladki.
Na trening szarych komórek też.
Zrasza mą umęczoną twarz swoim pluciem dołączając radość z tego, że matka ćwiczy.

Walka o flaszkę z wodą. Z elementami judo.

5.
Już 5 dzień mam ustalony rytm.
Jak dla mnie sukces.
Po południu z chęcią czekam aż rozgrzeję się treningiem Niebieskoszarej, żeby potem okiełznać brzuch
z Mel B. Dodałam sobie jeszcze trening ABS
Nadal toczymy z Lilą bój o flaszkę. 

6.
A gdyby tak dodać do tego jeszcze trening pośladków?

7.
Siedem dni w ciągu.
Powiedzmy sobie szczerze, że nie zawsze mam czas, chęci i inne takie. Ale przebieram się w dres, biorę moją najbardziej posiekaną kocimy pazurami starą matę i staram się ćwiczyć. Lila zjawia się już na macie tak naturalnie, że niektóre ćwiczenia bez niej już nie wchodzą w rachubę.

Mama robi codziennie tak!


8.
Nie napiszę Wam, że schudłam, że spodnie mi z tyłka spadają albo, że ważę mniej - nie mam w domu wagi ;)
Napiszę Wam, że czuję się lepiej w obliczu spełnianych codziennie obowiązków, zakładania dresu i tego, że ćwiczę i chodzę na spacery (a chodzę codziennie jak tylko nie ma śniegu po uda, wody do kostki i -10)
i trochę inaczej jem - bardziej regularnie. I dużo więcej piję. Po ośmiu dniach mam nawyk wciągania brzucha (ach, ta Chodakowska!, coś mi z niej zostało...), nie ociągam się na schodach, tylko maszeruję bez gadania, co to jest 15 schodów... nie mam zadyszki! I mam ochotę na więcej :) Wyrobiłam sobie wieczorny NAWYK i jeżeli przestanę karmić Lilę piersią, to chciałabym jeszcze dodać do tego dietę. Czas pokaże.
Motywacja jest, siła jest, checi są. Idzie wiosna, trzeba być nie tylko mamą ale i kobietą :)


***

Drogie Mamy jeśli chcecie się przyłączyć do projektu, to zapraszamy Was TUTAJ!
A TUTAJ możecie poznać inne uczestniczki wyzwania i poczytać jak to u nich wygląda.
Polecam!


piątek, 14 marca 2014

Mamo, bądź kobieca - Tydzień 1.

- Mama odpuszcza zbędne obowiązki -

Można zrobić listę obowiązków. Codziennych. Rutynowych.
O, taką:
- prasowanie,
- pranie,
- zamiatanie i odkurzanie,
- przygotowanie obiadu,
- mycie naczyń,
- mycie/sprzątanie kuwety
- i inne, których może być dużo!

To wyżej, to czynności, bez których dzień uważam za stracony...
Oczywiście, żartowałam! Chętnie obejdę się przez jeden, dwa, może trzy dni - bez paru tych czynności.

PRANIE. Codziennie. Pralka to cudowna zdobycz cywilizacyjna! Ja - relaks. Ona pierze. Wycwaniłam się. Albo inaczej - zainteresowałam się niepozornym klawiszem i oto efekt! Wieczorem ładuję, programuję,
a rano, o 5 pralka sama rusza! Mam dodatkową godzinę spania Lili i mnie. Pralka nas usypia.
Przypuszczam, że śni jej się morze i wiatr. Tak dobrze nam się śpi, a potem szeptem opowiadamy sobie sny.

Nie ma nas w domu prawie codziennie. Taaaaka pogoda sprzyja spacerom. Długim. Nic to, że po każdym powrocie trzeba pranie zebrać i gdzieś ułożyć, bo przez parę dni ODPUSZCZAM PRASOWANIE. Jest zbyt ciepło, żeby włączyć żelazko, zbyt pięknie grzeje słońce! A przy każdym złożonym ze sznurka ubraniu, rośnie kupa prania. Dobrze, że pięknie pachnącego!

Są dwa koty i jeden pies. I buła kłaków z tego towarzystwa. Oczywiste jest, że ZAMIATAM codziennie, nie odpuszczę bo kłaki można zjeść, można wsadzić do nosa, można poczęstować nimi mamę. Można szczęśliwie się bawić i mieć ogromną radochę! Kłaki zamiatam, myję podłogę. Ale nie ODKURZAM. Odkurzy mąż. Przed nim 150 metrów kwadratowych zabawy odkurzaczem. Kondycha na maraton!
A my sobie teraz poczytamy książeczkę, parę minut dłużej!

Obiadek. "Jest zupka?" Pyta mąż. "Jest." Na dwa dni! Hahaha! Udało się! Jest nawet drugie a'la podwieczorek.
Zupa postawiona zaraz po śniadaniu. Rosół. Jak się znudzi po dwóch dniach, a coś zostanie, przerobimy na pomidorową. Na drugie ryż z malinowym koktajlem. Szybko i smacznie. Resztka ryżu i mięso z zupy to danie na następny dzień, żeby było urozmaicone dodam warzywa na patelnię z koperkiem.
Bez stania przy garach!
Uszy nam się trzęsły i było pyszne.

Nie lubię MYCIA NACZYŃ. Szukam podobieństwa do Agaty Chistie, która najlepsze pomysły miewała podczas tego zajęcia; jest tak beznadziejnie, że chce się kogoś zamordować - często po myciu naczyń piszę posty na blogu ale nikogo jeszcze nie morduję. (Dzięki Szymon!)
Nie mam miejsca na zmywarkę w mikro kuchni. Dwa dni nie myję naczyń i wieczorem się nad nimi lituję. Ale nie przeczę, fajnie, że sobie tak leżały i odpoczywały. Ja byłam znów na spacerze dłużej z Lilą! I napisałam posta - nadal bez ofiar ;)

KUWETA. Milczenie. Kurtyna. Oklaski.
Męża nie ma cały tydzień, kuwetę myję ja. Żwir wyrzucam ja. Dwie pary oczu nadzorują. Zawsze.
Gdybym nie posprzątała to by się obraziły. Nic tak nie boli jak obrażone koty. Serio.

Można nie robić listy. Można po prostu odpuścić różne zbędne czyności "na żywca". Przez chwilę nie zastanawiać się, co mam jeszcze zrobić? I czy muszę robić to szybko, żeby zająć się dzieckiem. Spontanicznie. Jak nie zaniesiesz tego swetra na miejsce teraz, tylko za pół godziny, to nic się niestanie. Wypij herbatę spokojnie, przeczytaj codziennie jedną stronę książki. Daj sobie chwilę wytchnienia.

Tydzień pierwszy projektu "Mamo, bądź kobieca - Mama odpuszcza zbędne obowiązki" uważam za zrealizowany.

Jeśli macie ochotę się przyłączyć to możecie to zrobić tutaj.

Pamiętajcie, matka też człowiek i zróbcie coś przyjemnego dla siebie!

sobota, 8 marca 2014

Od początku cz. 2 (wrzesień-grudzień 2012)

2 cm człowieka pod sercem wywraca do góry nogami wszystko.
Życie. Moje. Nasze.

***

Węch. Odnoszę wrażenie, że czuję wszystko z potrójną siłą. Gdyby jeszcze zapachy były przyjemne... ale nie. Codziennie rano zastanawiam się dlaczego mój dezodorant tak śmierdzi i jak mogłam go kupić. Nie używam perfum
Proszek śmierdzi. Herbata. Mleko. Chleb. Wędlina.
Jem tylko biały ser ze śmietaną. I pomidory.
Zrzuciłam 3 kg. Wyglądam lepiej niż przed ciążą.
Nie dam rady robić zakupów. Odrzuca mnie na samą myśl, że w sklepie/na targu/we własnej lodówce - jest jedzenie.
Z całego tego galimatiasu chciałabym się zaprzyjaźnić z toaletą. W sensie i za przeproszeniem, żeby mnie zemdliło raz i dobrze i żeby dać sobie upust.
A tu tylko mdli i mdli albo śmierdzi.
Nie jest dobrze mi.

***

Na USG oglądam mały aparacik, którego serce bije 120 razy na minutę.
To jest ten moment, który uświadamia mi jak "nie ogarniam świata".
Nie słyszę bicia serca, bo aparat pani doktor jest stary i słaby. Więcej do niej już nie idę.
Patrzę i patrzę. Chyba mogę tak bez końca.

***

Pierwsze badanie USG prenatalne.
W poczekalni same "ciężarówki".
Jestem najmłodszą pacjentką w ciąży mojej nowej pani doktor. Jak to brzmi przy moich 27 latach...

Leżę. Oglądamy sobie we trójkę małego człowieka. Mała pani Dorotka mierzy, waży  (szok, szok - jaka technika!), koloruje wnętrze mojego brzucha (to wody, to nerwy, to coś tam jeszcze!)
Mówi, że wszystko jest ok.
Mówi, że to może być dziewczynka.

***


W październiku jest tak ładnie...
Odbieram wyniki.
Toksoplazmoza dodatnia.
Byłabym zdziwiona, gdyby była ujemna, wszak mamy koty. I mama ma koty. I ciocia - ma koty.

Kłują mnie znów, bo trzeba dodatkowe badania, na przeciwciała.
Czas oczekiwania na wynik = 3 tygodnie. Obawiam się, że dostanę przez ten czas kociokwiku.
Pierwsze ruchy. Jakby jakaś cząstka mnie (?) oderwała się w brzuchu i pływała.
Już wiem - chyba tak się czują kosmonauci na stacji kosmicznej.
Lilka jestem dla Ciebie całym Kosmosem.

***

Listopad.
Powoli mam problem z zapięciem moich najszerszych spodni.
Trzeba uzupełnić garderobę.
Skromnie:  3 pary legginsów, 3 koszulki, parę swetrów (dzięki mamo za znajomą z gór!), załapałam się nawet na płaszcz ciążowy, ale to dopiero na zimę. Stop. Zima niebawem - czy ja się do tego czasu i w co pomieszczę?

Wynik z toxo awidności - wysoki.
Omija mnie antybiotyk. Radocha :)

Mała pani Dorotka nadal podtrzymuje zdanie, że dziecko jest dziewczynką.

Lilka. Lila. Liliana czy Lilianna? Ot, zagwozdka.



***
Grudzień
Piję - sikam.
Nie piję - też sikam.
Jaką pojemność ma pęcherz ciężarnej?
Jak bardzo się skurczył?

Przed świętami idziemy na USG. Lila pokazuje nam język i obraca się urażona.
Gwiazdą nie będzie - mówi Mała pani Dorotka i próbuje nagrać nam filmik.
8 minut z czego 20 sekund widzimy ją z profilu... potem same plecy.


183 pierniczki zrobiłam i padłam.
Wigilia. Pysznie. Jestem zmęczona.
Święta.
Nasza najbliższa rodzina to 13 osób. Odwiedzają nas wszyscy, po raz pierwszy w miejscu gdzie mieszkamy od kwietnia. "Nasz dom" nadal nie przechodzi mi przez gardło. "Mój" byłby inny".
Kochana Rodzino! Dzięki, że byliście! Było super! Na drugi dzień spałam prawie do południa - taka byłam zmęczona! Ale szczęśliwa.

Sylwester.
Mówią, że nowe perspektywy, że będzie lepszy itp. Jak co roku, po fajerwerkach nic się nie zmienia. Ta sama ulica co przed północą. To samo wszystko. Aha, cudem obudziłam się przed północą.
Potem poszłam znowu spać ;)


c.d.n. niebawem :)