czwartek, 27 lutego 2014

Od początku cz. 1

Dzisiaj miałam napisać jak to było na początku. Z Lilą.
Darujemy sobie opisy biologiczne, jak i dlaczegoż.
Każdy wie, że dzieci nie przynosi bocian, tylko matki znajdują je w kapuście.

To był piękny i mglisty dzień. Przez mgłę przepychał się rzęsisty, sierpniowy deszcz. Wymarzona pogoda na grilla, który odbywał się za sąsiedzkim płotem. Weszliśmy jednak jak ludzie - furtką - odnajdując drogę we mgle...

Sąsiad dysponuje grillem wersji de lux. Nie straszna mu (grillowi, nie sąsiadowi) mgła, deszcz czy wiatr. Zamykany, czarny, połyskujący. Elegancki na trzech nogach. Stoi i moknie. W środku - w paszczy - sąsiad zamknął kaszankę, popularnie nazywaną krupniokiem, kiełbasę i karczek.

Zapach i dym zagęszczają mgłę. Przechodnie nam zazdroszczą. Sąsiedzi ślinią się w oknach. Dym drażni nozdrza. Jesteśmy wściekle głodni. Zamknięci w salonie, bo już nie pada, lecz leje. Z nosami przy dziurce od klucza wyczekujemy na finał imprezy.

Kiedy na stół wjeżdżają upragnione wiktuały, jako, że nikt nic nie jadł wszyscy rzucają się na nie. Kiełbasy, karczki i kaszanka wydają ostatnie tchnienia pod naporem noży i widelców...
Uczta trwa...

Nałożyłam sobie kaszankę. Taka ładna. Taka ciepła. Taka pyszna.
Z całego serca mówię gospodarzowi, że w życiu takiej nie jadłam i to chyba najlepsza jaka mogła być tutaj, szczęście że leżała akurat na moim talerzu. Mąż się dziwnie krztusi, kiedy powtarzam to drugi i trzeci raz i nakładam sobie następną.  Uszy mi się trzęsą kiedy jem i znów zachwalam pod niebiosa.

MATKO JEDYNA JAK JA NIENAWIDZĘ KASZANKI! Przypomniało mi się w domu.
Zastanawiam się, dlaczego tak mi smakowała i mówię, że chyba będziemy mieli dziecko.
Śmiejemy się oboje.

Dwa dni później poziom HCG jest tak wysoki, że możemy rodzicom powiedzieć, że zostaną dziadkami. A sąsiad od kaszanki zostanie wujkiem.

środa, 26 lutego 2014

Ostatni taki rok

Ostatni taki rok.
Ostatnia moja dwójka z przodu.
Wczoraj skończyłam 29 lat.
Ale zawsze będę się czuła na 21.

Pamiętam słońce, które grzało mi plecy, kiedy początkiem czerwca jechałam na wyniki matur. Oczywiście rowerem i z moim jeszcze wtedy nie mężem, ani nawet narzeczonym.
Ciepły wiatr wiał, a w moim sercu kołatała się niepewność.

Dyrektor naszego technikum ekonomicznego przy każdym nazwisku wstrzymywał oddech, a chwila niepewności stawała się długa i trwała wieczność. Za oknem śpiewały ptaki i nadal wiał wiatr.
"Przykro mi... tak bardzo mi przykro... mówił i patrzył prosto w moje oczy - ale nie spotkamy się na maturze ustnej z polskiego bo z piątką się nie przychodzi na ustny"... mówił coś jeszcze, a ja już nie słuchałam, bo wiedziałam, że matura już za mną. Że zdana. Że mogę wsiąść na rower, czuć cudowny wiatr i po pięciu* latach technikum być wolna. Tak na to długo czekałam.

Wtedy miałam 21 lat. I takie uczucie radości, młodości a przede wszystkim, tego, że idąc na studia czuję się już bardziej niezależna, nareszcie dorosła i jest mi tak do szpiku kości dobrze z sobą. Tak się czuję do dziś. I chcę się czuć dalej.


***

Lila kończy dzisiaj 10 miesięcy.
Za dwa miesiące będzie mieć rok.

Obiecałam sobie, że przez ten czas napiszę sobie i Wam, jak nam było przez dziewięć miesięcy po tamtej i po tej stronie brzucha.
Posty od jutra :)


* "kiedyś", przed reformą do technikum chodziło się pięć lat. Nadal nie wiem, dlaczego i po co, ale skutecznie odstraszało mnie to przed pójściem na studia ;)

czwartek, 20 lutego 2014

Uwielbiam...

...jej małe rączki, które oplatają moją szyję.
Zmarszczony nosek, kiedy wojowniczo krzyczy na świat.
Uślinione całusy i buziaki.
Stopy. Za to, że są takie małe!
Kiedy szepcze konspiracyjnie "Tata... tata... tata..."
Uwielbiam z Nią być, czuć i obserwować jak się zmienia...

poniedziałek, 10 lutego 2014

W Palmiarni

Zanim choróbsko rozgościło się na dobre, wybraliśmy się z Lilą i jej babcią do Palmiarni Miejskiej w Gliwicach. Byłam tam już drugi raz i znów wyszłam zachwycona!


Z małego folderu jaki dostajemy w Informacji możemy się dowiedzieć, że na powierzchni 2000 metrów kwadratowych rośnie ok. 6000 roślin w pięciu pawilonach: roślin użytkowych, tropiku, historycznym, sukulentów i akwarium. To ostanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie, że oprócz małych rybek są i taaakie ogromne ;)
Bardzo dużym plusem jest to, że po palmiarni można poruszać się z wózkiem, jeśli dziecko wysiedzi ;) Lili była noszona. Przyglądała się i drzewom i kwiatom, a już najbardziej dzieciom, tych było bardzo dużo - Palmiarnia to miejsce do którego przychodzą całe rodziny. Nie na chwilę, nie na dwie! Można tam śmiało spędzić pół dnia chodząc, siedząc na ławeczkach. Oglądać, wąchać i słuchać śpiewu ptaków. Mała foto-relacja poniżej:


Bardzo dojrzały granat.


Lili z babcią. Twarzowo - tyłem ;)


Nawet mrówki mają tutaj swój deptak do mrowiska. Rewelacyjna sprawa!

Oglądamy płaszczki





O każdej porze roku w Palmiarni jest inaczej, poniżej dwa zdjęcia z lata (chociaż było to dawno bo w 2008r.)



Ważne jeśli wybieracie się z małymi dziećmi - jest pokój dla matki z dzieckiem. Śmiało można dziecko przewinąć, nakarmić (to nawet podczas zwiedzania na ławeczce). Toalety czyste.
A przy wejściu - wyjściu pachnie aromatycznie kawą z małej kawiarni.
Dla amatorów kwiecia - można zakupić niewielkie okazy, np. rosiczki za parę groszy (taniej niż w markecie).
Jeśli wybierzecie się całą rodziną to jest bilet rodzinny - 10zł.
Dzieci poniżej 4 lat - nie płacą. 

Podaję pomocne linki:
Palmiarnia
Dla Turystów
Wirtualny spacer po Palmiarni


sobota, 8 lutego 2014

:)

Witajcie :)
na wstępie chciałam Wam podziękować za wszystkie słowa, które napisaliście pod postem "O dziadkach". Przyznaję, że nie wiedziałam co mam Wam odpisać, bo wszystko przecież w tym temacie było i jest podane w tym tekście.
Sama ryczałam jak przeczytałam co napisałam.

Post przeczytała cała moja rodzina i orzekła, że trzeba pokazać babci.
I koniec.
Jak kazano, tak zrobiono.
Babcia się wzruszała wiele razy.
Przeczytała dziadkowi.
Powzruszała się znowu.
I każde czytać go wszystkim, którzy ją odwiedzają.
I wzrusza się jak o tym mówi, więc nawet nie było szans na rozmowę przez telefon.
Cała nasza babcia ;)

...

Możecie zapytać, dlaczego u nas taka cisza?
Bo siedzimy nadal w domu.
Zapalenie oskrzeli i podany antybiotyk spowodował moje kompletne osłabienie. A na dodatek pani doktor po moim osłuchaniu popatrzyła na mnie tak, że mi poszło w pięty i może nawet dalej... że z takim rzężeniem w oskrzelach to na spacer przez kolejny tydzień nie pójdę. I nie poszłam.
Fizycznie jestem dętka, a psychicznie też coś koło tego.
A kaszel jak był, tak jest. Nie chce odpuścić.
Doszłam jednak na tyle do siebie, że znów coś do napisania mam i pojawi się to wkrótce :)

Miłego wieczoru!