poniedziałek, 16 lipca 2018

Niebo na własność - Luke Allnutt

Annę i Rob'a dzieli wszystko - nie mają wspólnych zainteresowań, mieszkają w różnych dzielnicach, są bardzo różni od siebie. Ona poukładana, momentami zimna i rzadko okazująca publicznie uczucia.
On chaotyczny, kochający swoją pracę informatyk
z mnóstwem pomysłów do zrealizowania w życiu.
Pewnie dlatego udaje im się stworzyć małżeństwo idealne: pełne miłości, wsparcia i zgodności.

Rysę na ich idealnym świecie malują niepowodzenia w staraniach o dziecko. Kolejne ciąże Anny kończą się poronieniami, zostawiając ogromne spustoszenie w jej sercu. Każda wiadomość o niepowodzeniu to ogromna strata i ból. Dlatego wiadomość o kolejnej ciąży przyjmują ostrożnie od samego początku aż do rozwiązania... na świecie pojawia się Jack - ich największy skarb.

W wieku 5 lat lekarze diagnozują u chłopca niegroźnego guza mózgu. Po operacji i dojściu Jacka do zdrowia rozpoczyna się znów dla wszystkich piękny czas. Sielanka nie trwa jednak długo... rak powraca w zmienionej, groźniejszej formie. Jack ma ogromnego pecha i niewiele czasu do przeżycia.

Walka o dziecko to przeogromny heroizm w obliczu tragedii rodzice mobilizują się i wszelkimi sposobami próbują powstrzymać chorobę, sięgając nawet po cudowne i podejrzane środku. Rodzi to wiele strachu, nieporozumień i... więcej nie mogę wam zdradzić.

Przyzwyczajeni jesteśmy, że narratorami w tego typu książkach są kobiety.
W "Niebie na własność" to Rob, nie Anna, opowiada historię swojego małżeństwa, choroby i walki o syna. Odwrócona narracja z perspektywy mężczyzny jest bardzo ciekawa. Rob niczego nie wybiela, nazywa rzeczy po imieniu. Przyznaje się do wielu uczuć, również tych negatywnych względem choroby syna, czy w późniejszych momentach - żony. Nie lubi siebie, a śmierć syna popycha go do alkoholizmu i totalnej alienacji.

To książka nie tylko o chorobie, walce i śmierci. To książka o zwykłych ludziach, których życie zaskakuje tak bardzo, że każde z nich musi poradzić sobie z problemem samo, na swój sposób. Nawet za cenę rozpadu małżeństwa i utraty miłości. Walka to walka. Na śmierć i życie.

Czy oczekiwałam czegoś więcej od tej pozycji?
Tak. Zdecydowanie wzruszenia i poruszenia.
Przeczytałam ją bez ani jednej łzy, tak jak czyta się książki obyczajowe.
Uważam jednak, że inni czytelnicy mogą odnaleźć w niej poruszający temat straty, któremu poświęcono dużo czasu oraz odbiorą ją jako głęboki rodzinny dramat.




środa, 27 czerwca 2018

Blog Book Meeting po raz 5!

Niech nie zwiedzie was data kolejnego blogersko-autorskiego spotkania Blog Book Meeting - 30 czerwca - chociaż to dopiero początek wakacji - będzie się działo!

O godzinie 10:30 zapraszamy na spotkanie autorskie z Różą Musiał. Parę dni temu zadebiutowała swoją opowieścią dla kobietą pod bardzo zgrabnym tytułem "Lawendowe nuty". Jest to ciepła ale i słodko-gorzka opowieść o parze młodych ludzi, którzy postanawiają spędzić ze sobą całe życie, ale los jak ma w zwyczaju kładzie im różne kłody pod nogi.

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o książce - to wywiad z Różą właśnie to może wam umożliwić :)
Rozmowę prowadzi Oliwia z Wyśnione książki 

W samo południe Kasia z Poligonu domowego przeprowadzi wywiad z Joanną Szarańską. Autorką serii książek "Kalina w malinach".

O 13:30 będę miała przyjemność poprowadzić rozmowę z Darią Skibą, która do Polski przyjechała z Irlandii i znalazła dla nas chwilę na rozmowę. Nie mogę się doczekać, aby zadać Darii kilka pytań dotyczących emigracji i oczywiście jej książki "Uwolnij mnie".

Jak zawsze będziecie mogli z autorami porozmawiać, zdobyć autograf i kupić ich książki.

Przybywajcie tłumnie na spotkanie, które odbędzie się Katowicach - Szopienicach, po raz pierwszy w Sercu Metropolii, które być może stanie się stałym miejscem spotkań BBM.




wtorek, 26 czerwca 2018

Idziemy do zoo! Śląski Ogród Zoologiczny

Obok Śląskiego Wesołego Miasteczka kiedyś Śląski Ogród Zoologiczny był obowiązkowym punktem na mapie wycieczek w okolice Chorzowa i Katowic.
Dzisiaj Wesołe Miasteczko nosi nazwę Legendia - nawiązuje nią do legend, podań i dziedzictwa kulturalnego nie tylko Śląska ale i naszego kraju.
A obok nadal jest zoo.
I bardzo chciałabym napisać, że z roku na rok, podobnie jak w Legendii jest lepiej.
Że się rozwija, że staje się miejscem pięknym i że każdy musi do niego wpaść.
W moim odczuciu jednak z roku na rok jest gorzej. I chociaż spędzamy tutaj w pochmurny i nieciekawy pogodowo dzień kilka wesołych chwil, są one zasługą naszych gości, którzy przyjechali z nami - niż miejsca, które zwiedzamy.

Zawsze mam mieszane uczucia, kiedy jestem w miejscach zamieszkanych przez zwierzęta.
Wiem, że bywa im lepiej w takich miejscach, lub gorzej. Że do wolności im daleko, że wybieg i uwielbienie tłumów to nie wszystko.
A z drugiej strony możemy zobaczyć je na własne oczy. Nie w Afryce czy Azji.
I chociaż wiem, jak wygląda opieka nad nimi w ŚLOZ - bo znamy opowieści od pracowników, którzy dobrze karmią zwierzęta, sprzątają im klatki - to są zupełnie przypadkowymi ludźmi pracującymi ze zwierzętami.
Nie ma pieniędzy nie tylko na remonty wszystkich wybiegów, ale i na zatrudnienie opiekunów z prawdziwego zdarzenia. Dlatego opiekują się jak umieją najlepiej. Ale daleko im do profesjonalizmu opiekunów chociażby w Niemczech.
Inną kwestią są przepisy.
Śląskie Zoo nie ma możliwości powiększenia swojej siedziby, a co za tym idzie, nie ma możliwości przyjmowania większej ilości zwierząt. Przekłada się więc to na to, co oglądamy - samotne niedźwiedzie, brak hipopotamów, prawie puste wybiegi. Smutne ale prawdziwe.
Jest za to bardzo zielono pomiędzy spacerowymi alejkami i jest też Kolina Dinozaurów, gdzie zajdziecie 16 naturalnej wielkości modeli dinozaurów.

Niemniej jednak każdy znajdzie coś dla siebie - my jesteśmy mało wymagający, a nasze dziecko jeszcze mniej. Zebry, słonie, żyrafy, nosorożce. Piękne ptaki w pawilonie i sporo małp.
Chłodny dzień i dość wczesna pora pozwoliły na to, że zwierzęta były dość aktywne i nie siedziały w swoich domkach.  Przechadzały się po wybiegach, albo wybierały (jednak ;)) odpoczynek.
Myśleliśmy, że parę razy będzie padał mocno deszcz, ale wszystko przechodziło elegancko bokiem.

Mam nadzieję, że moja opinia nie zniechęci Was jednak do tego, aby to miejsce odwiedzić.
Razem z Legendią i Parkiem Śląskim są to piękne okolice!
































poniedziałek, 25 czerwca 2018

Piłka jest jedna, bramki są dwie...

Tego dnia szłam do pracy, było popołudnie a za mną szedł chłopczyk.
I ten chłopczyk tak bardzo płakał. 
Rozdzierająco. Jak tylko chłopcy mogą płakać kiedy coś się im stanie. 
Zatrzymałam się i poczekałam aż zalane łzami zjawisko zrówna się ze mną.
Czy coś się stało? Pomóc ci jakoś? Zapytałam z troską. 
Spodziewałam się, że odburknie albo minie mnie bez słowa. Albo, że ktoś go pobił, coś zabrał...
A z jego dziecięcego gardła wyrwały sie słowa: 

Bo oni przeeeeegrali! Oszukali! Przegrali! 3:0!

Kopnął worek ze szkolnymi kapciami i zostawiając mnie wrośnięta w chodnik poszedł szlochając dalej.
Wtedy sobie przypomniałam, że był mecz.
Dzisiaj nie pamiętam, ale chyba Polska Korea, też jakieś mistrzostwa świata, czy Europy. 
Dawno temu, jakieś 10-12 lat.

Wczoraj powtórka. 
Mecz. Mistrzostwa. 
Drużyna przygotowana na każdym poziomie - tak mówią. Uśmiechają się na konferencjach, zgrupowaniach, instagramach z kont prywatnych i reprezentacji. 
Z dumą będą nieść Orła Białego żeby mógł się wzbić ponad wszystkimi w locie triumfalnym.
Bo jesteśmy drużyną. 
My i wy. 
My razem. 
Wszyscy.
Zlewają się nazwiska. Biało czerwone koszulki i spodenki. Nogi podają piłkę. 

Na żywo, na stadionie, w strefach kibica, przed telewizorami i radiami - kibice.
Na ulicach nikogo nie ma.
Cisza jest. 
Trzymają kciuki ludzie mali i duzi, z pomalowanymi twarzami ubrani w barwy narodowe. Przeżywają, oglądają.

I cisza.

Agencja reklamowa zrobiła im taki PR, że jak myślę o nich to jednak ich widzę w garniturach bardziej niż w tych korkach na murawie.  
I reklamujących wszystko, co można. 
Kreując się nie tylko na gwiazdy boisk, ale i gwiazdy w każdym calu. 
Jestem piłkarzem, ale wszystko mogę. Sięgam po najlepsze, najwspanialsze. 
Kiedy jestem z drużyną cuda i wianki panie! Damy radę!

Nie dali. 

Może trzeba powymieniać na młodszych, mniej znanych, a z większym potencjałem niż ego. 
Na takich co 90 minut umieją biegać i podawać piłkę i myśleć - jednocześnie. 
Na takich, którzy czekają na szansę, mają marzenia, że będą wbijać bramki i je wbijają, a nie opowiadają o nich. 
Na takich, o których się mówi, że to nadzieja - a potem się jej nie daje, bo jednak kto inny będzie grał, ten ze starego zespołu.

Siedzą więc po meczu kibice. Dorośli i mali. 
I płaczą. 
Bo oni dali im wszystko co mieli, a tamci zabrali nadzieje.
I kiepsko dawali od siebie cokolwiek. 
Mówią, że walczyli. Nie wyglądało to na walkę, nie wyglądało to na trud. 
Ktoś z kadry odejdzie, ktoś się poda do dymisji. Ktoś beknie za to i za tamto.
Polecą głowy za brak taktyki, przygotowania, czegokolwiek. 
Dni, tygodnie, miesiące analiz co poszło nie tak, co poprawić... 

A piłka cały czas jedna, bramki są dwie, czas leci.
Kibice płaczą, płaczą dzieci. Czują się zdradzeni, oszukani, smutni.

Kibice piszą, że prawdziwy kibic wybacza. 
A jednak wybaczanie wybaczaniem. 
Niesmak na długo pozostaje.

czwartek, 21 czerwca 2018

Moje maluchy - rekomenduje Lilka i Świerszczyk

Na rynku gazetek dla dzieci pojawił się nowy tytuł "Moje Maluchy".

Dzięki wydawnictwu Nowa Era Lilka miała możliwość sprawdzić co to takiego.
Pierwszy podtytuł serii "Zwierzęta w gospodarstwie".
I chociaż miesięcznik przeznaczony jest dla dzieci między 2 a 4 rokiem życia - zainteresowanie zadaniami i naklejkami było.
Do rąk Dziewczynki trafił duży format wydania ( 33 cm wysokości), dostępny jest również format ogromny (38 cm wysokości).

Moje maluchy zostały tak zaprojektowane aby umożliwiać dzieciom pracę na dywanie, lub innych dużych powierzchniach, żeby było im przede wszystkim wygodnie.

Czasopismu przyświeca hasło: Tu instrukcja obrazkowa zastępuje słowa. 
Nie ma tutaj ani jednej litery! 
Do tego instrukcje obrazkowe powodują, że dzieci samodzielnie lub z niewielką pomocą rodziców wiedzą co przy danym zadaniu mają zrobić.

Znajdziemy tutaj więc kolorowanki, zakreślanki, zabawy z kolorami, labirynty, szlaczki i naklejki.
Wszystko to, co najmłodsze rączki lubią robić.
Przyjemne dla oka kolory i forma graficzna.



Z wydawnictwem współpracowali redaktorzy specjalizujący się w edukacji przedszkolnej oraz redaktorzy Świerszczyka. 
Autorką ilustracji jest pani Anna Gensler zajmująca się ilustracją dla najmłodszych czytelników. 

Lilka poleca: fajna zabawa nie tylko dla maluszków!

Miesięcznik dostępny jest w kioskach i salonach prasowych oraz w prenumeracie na stronie www.mojemaluchy.pl.





wtorek, 12 czerwca 2018

Księżyc zza nikabu. Polska muzułmanka w Egipcie - Monika Abdelaziz, Ewa Zarychta

Wszystko zaczęło się od bloga mamy i córki: Moniki Abdelaziz i Ewy Zarychty, a skończyło się na książce.

Jeśli myślicie, że pokażą wam one Egipt z broszur biur turystycznych - to jesteście w błędzie.
Pokażą wam to, czego nie widać.
Napiszą o tym, o czym dobrze wiedzieć, ale lepiej jest nie pytać.
Opowiedzą o codziennym życiu w tym kraju.
Jak zaludniają się ulice i miasto żyje po 22 godzinie, niejednokrotnie do samego brzasku.
Tutaj nikogo nie dziwią dzieci bawiące się w nocy na ulicy, zakłady pracujące w nocy - wtedy gdy jest chłodniej.

Jeśli jesteś turystą to interesuje cie dobry hotel, zabytki i przejażdżka na wielbłądzie.
Jeśli jednak przyjrzysz się temu jak żyją ludzie, w głównej mierze muzułmanie, jak wygląda ich normalne życie, możesz przeżyć szok - kulturowy.

Dużo w tej książce o kulturze kraju, zwyczajach muzułmanów, religii i roli kobiety w codziennym życiu.
Jedna z autorek jest żoną muzułmanina, z czasem staje się również wyznawczynią Mahometa.
Jako Europejka i Polka podtrzymuje jednak niektóre tradycje rodzinnego, chrześcijańskiego kraju.
Często podkreśla, że małżeństwa mieszane muszą się dostosować do siebie wzajemnie, nie stronić od ustępstw i kompromisów.

Ciekawa i nietuzinkowa książka, pisana przez pryzmat mieszkanek Egiptu.